Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

Poniżej zamieszczam fragmenty nieco większego dzieła które się rodzi w bólach. Mam nadzieję, że nie przynudzam. Pozdrawiam - Bolo.

Do mariny w Las Palmas wpływamy o trzeciej w nocy. Powoli przyzwyczajamy się do nocnych wejść. W locji przeczytałem, że najpierw należy stanąć przy kei tuż obok biura mariny, a dopiero po dokonaniu „zameldowania” zostanie wskazane miejsce postoju.  No tak, papier wszystko przyjmie, a tu wskazana keja zajęta przez jachty. Udaje się na szczęście wypatrzeć chyba jedne wolne miejsce w marinie przy innym pomoście, co skrzętnie wykorzystujemy i cumujemy rufą. To pierwsze nasze takie cumowanie w rejsie i właściwie przebiega bezproblemowe, tyle tylko, że wyniesiona do góry rufa powoduje, że wysiadanie na keję polega na skakaniu a wchodzenie na jacht na pokaźnej wspinaczce w górę. Warto by kupić gdzieś małe schodki lub skrzynkę drewnianą, które ułatwiłyby wchodzenie na jacht. Emocje z wejściem do portu po niemal tygodniowej żegludze powoli opadają i czas iść spać.

Sen okazuje się krótki, gdyż wcześnie rano budzę się na odgłos pukania w naszą stalową burtę. Wystawiam głowę przez zejściówkę. Marinero z obsługi mariny w pontonie tuż obok naszej burty grzecznie się wita i pyta czy mu jesteśmy z ARC. Atlantic Rally for Cruisers to turystyczne regaty przez Atlantyk które rozpoczną się właśnie w Las Palmas za trzy tygodnie. Wiele załóg jednak już się tu pojawia i okazuje się, że brakuje miejsc postojowych dla „zwykłych” żeglarzy. Łódki z poza ARC nie mają szans na postój w marinie, o czym właśnie się dowiaduje. Mamy iść na kotwicowisko. Nie podoba mi się to, człowiek chce choć przez chwilę pobyć na stałym lądzie. Tym bardziej, że wieje już dość mocno, idą chmury i zacina lekki deszcz. Ociągamy się trochę z uruchomieniem silnika i manewrami. Marinero ponownie informuje o braku miejsca, tym razem nakazuje jeszcze udać się do biura aby dopełnienić formalności związane z wejściem do portu oraz uiścić opłatę postojowej. Opłaty? Jakiej opłaty, za co, mamy zapłacić za dzień postoju nie mogąc pozostać przy kei? Ja wam dam – i z takim bojowym nastawieniem biorąc dokumenty i paszporty wędruję szybkim krokiem do biura mariny.

W biurze dwa stanowiska obsługi i z trzy osoby dodatkowo czekające na krzesełkach. Siadam więc potulnie i ja zajmując miejsce w kolejce, kreśląc w głowie różne scenariusze mojej przyszłej rozmowy z obsługą, przy czym każdy prowadzi do konkluzji, że skoro nie ma stania to nie ma płacenia. Już mam podchodzić do biurka a tu się okazuje, że biuro wyposażone jest w numerki kolejkowe, takie same jak u nas na poczcie czy u lekarza. Wszyscy czekający na swoją kolej nie mieliśmy o tym pojęcia, a że ja siedziałem najdalej od maszynki wydającej numerki to kilka osób nagle „przeskoczyło” mnie w kolejce. Siedzę więc pokornie dalej, emocje lekko padają. Nareszcie moja kolej. Początkowo czekam na rozwój sytuacji i wypełniam formularze. Lekko podpytuje o miejsce choćby na jeden dzień. Juan albo  Fernando, nie wiem jak miał na imię jegomość mnie obsługujący rozmawia po Hiszpańsku z obsługą mariny przez radio. Słyszę, że dopytuje o miejsce dla nas choćby na jeden dzień (słowo maniana jest mi przecież znane), ale odpowiedź wyraźnie jest negatywna. Kreślę dalej cyferki wpisując numery paszportu i wspominam, że płyniemy z Europy, że dookoła Świata, że jesteśmy zmęczeni, że potrzebujemy iść do sklepu, że chcemy stać tylko jeden dzień. W ruch znów idzie UKF-ka i… udaje się. Mamy postój na jeden dzień, pod warunkiem że wyjdziemy przed dziewiątą rano. Super, obiecuję, że zwolnimy keję przed dziewiątą. Formalności zakończone, opłata za postój wniesiona, można wracać na łódkę. Nawet się nie zorientowałem, że całość trwała chyba ze dwie godziny i już wszyscy się o mnie niepokoili i szykowali się do zbrojnej odsieczy.

Pierwszy dzień na Islas Canariasrozpoczęty. Rozdzielamy między sobą prace do wykonania na dziś, ja klasycznie już z Natalią bierzemy zakupy spożywcze, Marcin ma dłubać coś w maszynie, Magda z Grzesiem porządki na i pod pokładem. Tutaj chwilowo opuszcza nas Alicja udając się samolotem do Warszawy na zdjęcie aparatu ortodontycznego. Obiecuje wrócić za niecały tydzień, zostajemy więc w piątkę.

Z nieba leci deszcz, a my drepczemy z naszym wózeczkiem do pobliskiego marketu. Marcin z Magdą wybrali się tym razem z nami, bo chcą uzupełnić zapasy wina, które w upale dobrze gasi pragnienie a pewnie rozjaśnia też umysł. Już mamy zamiar wychodzić ze sklepu a tu zrobiła się ulewa. Nie mamy odpowiednich ubrań, a murzynów z parasolkami po 5 euro też w okolicy nie widać. Trudno, czekamy w drzwiach sklepu i z nudów Marcin otwiera białe wino frizante które krąży pomiędzy nami raz zgodnie z niżem a raz z wyżem (czyli w prawo i w lewo). Deszcz nadal pada a wino już się kończy. Problem? Nie, przecież jesteśmy w sklepie. Kupujemy i otwieramy zatem drugie wino frizante i czas jakoś się nam przestaje dłużyć. Gdybyśmy czekali do końca deszczu pewnie byśmy się wszyscy urobili zostali odwiezieni na izbę wytrzeźwień, więc przerywamy sklepową imprezę i udajemy się do pobliskiej taksówki którą wracamy na jacht.

Pogoda w ciągu dnia nie chce się polepszyć, rezygnujemy więc z wycieczki na słynne tutejsze plaże, wybierając jedynie wieczorne zwiedzanie starego miasta. Tułamy się w mżawce po wąskich uliczkach, podziwiając kamienice i pałacyki w jakimś mi bliżej nie określonym kolonialnym stylu. Architektonicznie mi się to kojarzy bardziej z Ameryką Południową niż Hiszpanią, ale w sumie ma to logiczne uzasadnienie. Znawcą architektury nie jestem, znawcą pizzy na pewno. Lądujemy w jakiejś restauracji o amerykańskim nastroju i zamawiamy 3 różne pizze. Są fatalne, jakieś takie suche i bezsmakowe. Może dlatego, że w tym amerykańskim barze z włoskimi daniami kucharzami są azjaci. Co to się porobiło.

Tak jak obiecaliśmy o 0855 oddajemy cumy i odpływamy od kei, jeszcze tylko tankowanie i w morze. Czeka nas zaledwie kilkugodzinny przelot na południe wyspy Gran Canaria, do portu Puerto Rico. Wiatry wiejące w rufę sprzyjają, oceaniczna fala już nie. Znów kołysze nami na boki i choć przyzwyczailiśmy się już do tego, to życie pod rozhuśtanym pokładem wcale nie jest łatwe.

Do portu wchodzimy z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca, przechodząc kolejną standardową odprawę – dokumenty jachtu, ubezpieczenie, paszporty, opłata, have a nice day. Cumujemy naszą wysoką stalową rufą do pomostu pomiędzy szwedzko-norweskimi plastikowymi cackami.

Jest pierwszy listopada, dziś są moje urodziny, trzydzieste trzecie + VAT. Natalia mająca wachtę kambuzową szykuje nieco bardziej uroczystą kolację. Zasiadam do niej ubrany w niebieską koszulę z krawatem (krawat to także krótki sznurek służący do mocowania na jachcie różnych przedmiotów). Otrzymuje wykwintne jedzonko, czyli paprykarz szczeciński (który notabene uwielbiam i najczęściej wyjadam widelcem prosto z puszki), lokalną wędlinkę i sery, pomidory z mozzarellą. Toast wznosimy pinakoladą, na koniec objadając się prawdziwym tortem prosto z marketu  Super Dino. To nie są moje pierwsze urodziny na morzu, ale pierwsze tak daleko i pierwsze w rejsie dookoła Świata.

Kolejny dzień poświęcamy na zwiedzanie wyspy. Wynajmujemy srebrną strzałę czyli Forda Focusa i ochoczo ruszamy na wycieczkę. Pierwszy kierunek to wysokie góry znajdujące się pośrodku wyspy. Zgodnie z dziecinną trochę mapą otrzymaną w wypożyczalni skręcamy na jedną z dróg ciągnącą się w góry. Jezdnia staje się coraz węższa i coraz bardziej kręta, wymijanie się z samochodami staje się sztuką pełną… strachu, coraz częściej musimy wdrapywać się pod górę na trzecim a potem drugim biegu. Napięcie rośnie prawie jak u Hitchcockaż tu nagle… kończy się droga. Co jest, na mapie biegnie przez całą wyspę a przed nami kamienne zbocze po którym nie da się jechać nawet terenówką. Zawracamy i tymi samymi serpentynami zjeżdżamy z powrotem ku oceanowi. Żeglarze to jednak uparte charaktery, więc po kilkunastu kilometrach jazdy autostradą na północ znów skręcamy w boczną drogę prowadzącą w góry. Uliczka staję się coraz bardziej kręta i coraz bardziej wąska, ale tym razem ruch po niej jakby większy, myślę sobie że to dobry znak, że to chyba jakaś popularna lokalna droga przez góry. W pewnym momencie pojawia się korek. Okazuje się, że wszyscy jadą do jednej z trzech restauracji znajdujących się wysoko w górach. Tłum samochodów porzuconych na wąskiej drodze i chmara ludzi próbujących znaleźć stolik w restauracji wykutej w skale gdzieś na odludziu. Sytuacja wygląda surrealistycznie. Jakoś powoli przebijamy się przez te samochody i tłumy i… droga się kończy. Czy to jest norma, że wszystkie drogi prowadzące na mapie przez góry na drugą stronę wyspy w rzeczywistości urywają się w dość przypadkowym miejscu? Upartość upartością ale szkoda nam czasu. Wracamy na autostradę i gonimy do Las Palmas. Korzystając z dobrej pogody postanawiamy odwiedzić jednak te słynne plaże.

Piasek jasny i drobny niemal parzy w stopy, słońce ostre, ale porywisty północny wiatr wystarczająco chłodzi ciało. Wędrujemy mając ocean po prawej i deptak pełen sklepów i knajp po lewej stronie. Po tych górskich wycieczkach i podróży autostradą wszyscy już zgłodnieliśmy. Marcin z Grzesiem wybierają tradycyjny kurczak z różna, wcale nie taki tutaj popularny i łatwy do znalezienia, Natalia i ja decydujemy się na sprawdzony i znany smak Burger Kinga za kilka euro. Lokalne restauracje jakoś nas zniechęciły, dziwne jedzenie i do tego drogie.

Kolejny punkt wyprawy to miasteczko Arucas z pięknym potężnym neogotyckim kościołem oraz punktem widokowym znajdującym się na pobliskim wzgórzu wulkanicznym. Faktycznie widoki cieszą oko, ale powrót do miasta pod katedrę wydaje się być koszmarem. Wąskie uliczki krzyżujące się prostopadle, niektóre biegnące stromo w dół. Wszystkie jednokierunkowe, ciasne i zaplanowane chyba tak, aby taki przygodny kierowca jak ja jeździł w kółko nie mogąc wydostać się z zaczarowanego kręgu. Przejeżdżając przez niektóre skrzyżowania po kilka razy jakoś w końcu wydostaliśmy się z miasta, a że zapadał powoli zmierzch udaliśmy się spokojnie, bez dodatkowych dziwnych przygód w drogę powrotną na jacht.

Drugi dzień w Puerto Rico spędziliśmy w stylu klasycznego turysty. Plażowanie, kąpiele w oceanie, zakupy ciuszków i „Rajbanów” za kilka euro w pobliskim centrum handlowym, bo tak zwą tutaj zlepione dziesiątki małych sklepików prowadzonych przez hindusów (elektronika i spożywcze) oraz Azjatki (ciuszki i pamiątki). Jeszcze tylko pizza własnej roboty (czyli roboty Natalii) i dalej w morze. Obieramy kurs na kolejną wyspę, Teneryfę.


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.