Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

24.11.2015 2145LT
Do Recif zostało 1700Mm, do równika 880Mm
Szybkość Internetu na placu w Praia: pół strony facebooka na 4 minuty

Od pięciu godzin jesteśmy znów na oceanie. Jak zasugerowałem powyżej Internet nie jest mocną stroną Prai, w której spędziliśmy ostatnie 3 dni. Wprawdzie jest ogólnie dostępny na głównym rynku miasta, ale wczytanie strony internetowej w przeglądarce to już poważne wyzwanie. I to będzie moja wymówka w uzasadnieniu dlaczego na naszej stronie nie było ostatnio aktualizacji.


Praia to największe miasto Zielonego Przylądka. To także nasz pierwszy dłuższy postój na kotwicy, a kotwica trzyma dobrze. W zatoczce stały właściwie trzy jachty, wiecie ile z Polski? Nie, nie trzy, ale dwa. Wiecie ile ze Szczecina? Tak, tak, - dwa, tym drugim była Regina R. z Grzesiem, który wypłynął w lipcu w rejs solo non stop dookoła Świata ale przy równiku nawalił mu samoster i musiał zawrócić właśnie do Prai aby poczekać na części. No i czeka biedak już dwa miesiące.

Trudno mi opisywać chwila po chwili pobyt w tym miejscu więc przedstawię jedynie kilka migawek i dygresji:

1. Pytałem niedawno dlaczego Zielony Przylądek ma w nazwie przylądek skoro to wyspy. Otóż odpowiedź jest prosta – należy palcem po mapie jechać od wysp w prawo i trafiamy na inny Zielony Przylądek który jest już prawdziwym przylądkiem w Afryce, drugim najbardziej na zachód wysuniętym punktem tego kontynentu. I to od niego pochodzi nazwa wysp.

2. Friendy – po polsku frendy to tubylcy, zazwyczaj dość młodzi, którzy jak tylko widzą dopływający do brzegu pontonik już chcą ci pomóc wysiąść, wyrzucić twoje śmieci, zorganizować paliwo lub wodę i witają cię Hello my friend. Czy frend chce to, czy frend chce tamto. Właściwie są pomocni, a dawaliśmy im umiarkowane napiwki faktycznie uzależnione od zakresu pomocy. Najbardziej pomocny był Denis, może dlatego, że najlepiej znał angielski, tzn. znał ze sto słówek, ale wystarczyło żeby się dogadać. Miał chyba z 12-13 lat, był murzynkiem i przede wszystkim zorganizował nam wycieczkę busem po wyspie. Na szczęście był w nim jeszcze kierowca, ale to Denis dobierał checz pointy w których należało zrobić fotkę lub napić się grogu.

3. Czy Zielony przylądek jest zielony? Nie wiem czy cały, ale wyspa Santiago zdecydowanie tak. Widoczki przypominały nam Peru lub ogólniej Andy, strzeliste szczyty i zielona bujna roślinność skąpana w słońcu – czyli wszystkim znane słońce Peru, w tym przypadku jednak słońce Zielonego Przylądka. Nie ma co opisywać, jak już będzie normalny Internet to wrzucimy fotki.

4. Kościół. Po raz pierwszy na rynek miasta trafiliśmy w niedzielne południe. Uszy moje wyłapały radosny śpiew na głosy dobiegający z pobliskiego kościoła. Przedarłem się nieco przez tłum i wparowałem do środka. Jakże odmienny widok tam zastałem od znanego w Polsce. Wszyscy śpiewają, nie tylko babcie, pioseneczka żwawa i radosna, przoduje jakiś lokalny parafialny chór śpiewający na trzy głosy, a ołtarz otoczony jest znaczną ilością dzieci i młodzieży, którzy przy tym wszystkim zachowują się dość luźno ale i cicho. Po prostu radosna imprezka, aż miło popatrzeć. Można? Można.

5. Słodycze. Kręcimy się po sklepie, największym tutaj super markecie, czyli takie nasze późno komunistyczne Społem. Oczywiście w koszyku zalega dowolny napój, byle zimny. Ale ja mam ochotę na coś jeszcze. Nie tym razem nie chodzi o colę, mam ochotę na coś słodkiego. Normalnie w Polsce chodząc po sklepie jak mam ochotę na słodkie to zawsze pojawia się trudność wyboru z nadmiaru. A tutaj? Czekolad praktycznie nie ma bo się rozpuszczają, także innych czekoladowych lub powlekanych czekoladą produktów. Zostają jakieś ciastka, zwykłe, bo czekoladowych nie ma. Lizaki, herbatniki, żelki. Nie ma co wybrać. Chodzę, głowię się, może chociaż jakaś chałwa – nie ma, to może dobre cukierki – są landryny. I mimo szczerych chęci do koszyka nie wrzuciłem już nic więcej… oprócz coli.

A teraz płyniemy z baksztagową falą i wiatrem na południe. Prędkość prawie 7 węzłów i wrócił przechyły… prawo, lewo… prawo, lewo… po 6 dniach postoju na Cabo Verde musimy się przyzwyczajać od nowa. Byle do równika, byle do Brazylii – dajemy radę.

Trzymając kurczowo laptopa na kolanach nadawał Bolo.

PS. Na zdjęciu Wassylowy friend Denis.

 


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.