Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

Do Puerto Montt pozostało: 730 Nm
Liczba szkwałów o sile ok. 7B: niepoliczalna
Liczba minut bez deszczu: niewielka


Od kilku dni z mozołem przebijamy się na północny zachód. Po drodze płynęliśmy 120 Mm Cieśniną Magellana. Okazała się niezwykle nieprzyjazna z powodu trzech, nie lubianych przez nas czynników: wiatru w dziób, fali w dziób i prądu w dziób. Więc z trudem dziobiemy jakoś do przodu.

Gdy prędkość spadała poniżej dwóch węzłów chowaliśmy się do pobliskich zatok a gdy wiatr choć na chwilę wykręcał na SW staraliśmy się przeć do przodu. Standardowy zestaw żeglugowy na ten obszar to mały fok (prawie sztormowy), grot na trzecim refie i silnik na 1400 obrotów. W praktyce dawało to 3 węzły do przodu - MASAKRA.

Dość nieprzyjemną przygodę przeżyliśmy w jednej z zatok, w której schowaliśmy się by przeczekać silne wiatry NW. Oprócz kotwicy, pociągnęliśmy do brzegu dwie grube cumy, wiążąc je do solidnych drzew. Po w miarę spokojnej nocy, w południe zaczęły spadać na nas bardzo silne szkwały - Williwaws - tylko dlaczego uderzały w nas od południa? Czyli idealnie w dziób. Kotwica, mimo 80 m wydanego łańcucha zaczęła szorować po dnie. Zarządzam natychmiastową „ewakuację”. W trakcie manewrów pęka konar, do którego przywiązaliśmy jedną z cum. Obie cumy wyrzucamy do wody i z trudem wyciągamy kotwicę. Wiatr nadal uderza w Wassyla, co chwilę z innej strony, a o zacinającym deszczu nie potrzeba chyba wspominać… Po zabraniu cum pontonem ponownie ruszamy w cieśninę, gdzie zapewne czai się zło.

Ostatnie 30 Mm po „Magellanie” to mecząca halsówka, głównie w nocy, zakończona powodzeniem czyli wpłynięciem w Kanał Smith’a. Oby był dla nas łaskawszy. Podsumowując Cieśninę Magellana - było to chyba najbardziej wymęczone 120 Mm w moim życiu. Dlatego składam szacuj dla wyprawy samego Magellana, która żeglowała tu, nie mając map, silników, ostro halsującego statku oraz zapasu Coca Coli.

Czy jest ciężko? – Być może. Ale z drugiej strony codziennie pływamy z wielorybami, czasem wpadają delfiny a raz wyprzedzały nas nawet Orki. Surowe, porośnięte głównie mchem wzgórza, karłowate powyginane drzewa, samotnie sterczące skały i niezliczone wodospady wyglądają dokładnie tak, jak setki lat temu. Najbliższy człowiek (nie żeglarz) znajduje się zapewne setki kilometrów od nas. I wiecie co? – To jest naprawdę piękne!

Wczoraj po południu wydarzył się mały cud - spotkaliśmy na tym bezludziu trzy inne, żeglujące jachty. Z jednym z nich cumujemy wieczorem w niewielkiej zatoce, co sprzyja odwiedzinom, tym bardziej, że płynie na nim Polka - Patrycja, ze swoim francuskim przyjacielem. Okazuje się, że mamy podobne plany czyli przelot przez Pacyfik. Pewnie się jeszcze nie raz spotkamy.

Kolejne szkwały o sile 7 B przechylają właśnie Wassyla ale tym razem nie ma zabójczej fali ani przeciwnego prądu więc pchamy „taczuszkę” dalej.

Mijając właśnie kolejny wodospad nadawał Bolo, stenotypowała Natalia
 


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.