Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

05.04.2016 0140LT
Do Puerto Montt pozostało 28Mm
Ilość zjedzonych na wachcie herbatników: 20

29.03.2016

Tak jak zaplanowaliśmy, tuż po dwunastej stajemy na boi cumowniczej obok mola należącego do Armady w miejscowości Puerto Melinka. Po dokonaniu odprawy (co jak zwykle zajęło około godzinki) możemy udać się na miasto. Puerto Melinka podobne jest wielkością i zabudową do Puerto Aguirre, ma mniej więcej tyle samo mieszkańców, tyle samo psów i sklepów spożywczych. Ma też jeden dla nas istotny bonus – darmową sieć WiFi na placu w centrum miasta. Sklepy i bezprzewodowy kontakt ze Światem zajmują nam większość popołudnia.

30.03.2016

Cały dzień pada, wyjście, a właściwie wypłynięcie pontonem na miasto ogranicza się do zakupów spożywczych. Na wieczór zarezerwowaliśmy wizytę w najlepszej w mieście restauracji, poznajemy to po tym, że jest ona zbudowana z drewna a nie blachy falistej i posiada kilka stołów i krzeseł. Mimo długiego menu wypisanego ręcznie na niewielkiej sklejce dziś w ofercie jest jedynie ryba i stek z woła. Pani właścicielka / kucharka / kelnerka chyba niezbyt często obsługuje tak liczne zamówienie, bo z trudem i przeciętnym efektem smakowym radzi sobie z przyrządzeniem zamówionych potraw. Nic to, nie będę narzekał, to i tak pierwsza czynna restauracja po pokonaniu blisko tysiąca pięciuset kilometrów od Ushuaia.

31.03.2016
Dziś spodziewamy się na jachcie odwiedzin. Po południu promem z wyspy Chiloe przypłynie do nas Malini. To kumpel z dawnych lat, nie jeden sztorm przeżyliśmy razem na Pogorii, nie jedną też colę wypiliśmy spotykając się później w różnych portach. Kilka lat temu Malini rozpoczął swoją karierę na statkach floty, to i kontakt się urwał, choć z zainteresowaniem czytywałem jego długie wypracowania na temat pracy na statku i spotykanych tam ludzi, które rozsyłał pocztą elektroniczną do zainteresowanych, czyli pewnie wszystkich których miał w książce adresowej. Okazało się, że od kilku miesięcy mieszka wraz ze swoją dziewczyną Olą na wyspie Chiloe, tuż obok zaplanowanej trasy naszego rejsu. To musiało się skończyć jego odwiedzinami na pokładzie.

W deszczu płynę pontonem i odbieram go z terminalu promowego (czyli kawałka betonowej kei). Ściskamy się serdecznie i już wiem, że nic się nie zmienił – ta sama wiecznie uśmiechnięta twarz i ten sam bezproblemowy pozytywny sposób bycia. Długie powitanie i zapoznawanie z pozostałą częścią załogi zakończyło się na rufie późno w nocy, a Malini lekko zamroczony lokalnymi trunkami nierozważnie obiecał zrobić trzysta pierogów z mięsem.

01.04.2016

Korzystając z korzystnego południowego wiatru ruszyliśmy na samych żaglach w kierunku wyspy Chiloe do niewielkiej mariny Quinched. Chyba po raz pierwszy w drodze po drugiej stronie Ameryki rozkoszuję się żeglugą. Jest dość ciepło, wiatr wieje z „turystyczną” mocą, Wassylem tylko nieznacznie buja na boki. Do tego słońce i piękne widoki na pobliskie ośnieżone góry ciągnące się niemal cały czas po naszej prawej stronie. Nocą wiatr troszkę cichnie, podganiamy więc na motorku i rano cumujemy do pływających pomostów mariny, tuż obok Donazity. Swoją drogą nawet się nie zorientowaliśmy, że był Prima Aprilis – nikt nikomu nic nie podrzucił do jedzenia, nikt nie popłynął na swojej wachcie w przeciwnym kierunku ani nie zamienił kurka ciepłej z zimna wodą.

02.04.2016

Korzystając z faktu, że Malini jest tu niemal autochtonem, czyli nie tylko mieszka w okolicy ale i biegle posługuje się językiem hiszpańskim a nawet chilijskim, wyruszamy z nim na wycieczkę. Dokładnie to rusza Natalia, Ala i ja, druga część załogi zrobi podobną rundę następnego dnia. Odwiedzamy przede wszystkim Castro, największe miasto na wyspie. Rozpoczynamy od targu rybnego na którym serwują seviche, jest to drobno posiekany łosoś, małże lub ośmiornica w zalewie cytrynowej z cebulką i kolendrą. Ja, niezbyt wielki miłośnik owoców morza zakochałem się w tym smaku (tylko ośmiornica) i w oka mgnieniu spałaszowałem swoją porcję.

Po napełnieniu brzuchów przechodzimy do części targowiska gdzie można nabyć lokalne pamiątki oraz wyroby z alpaki lub owczej wełny – poncha, sweterki, skarpetki, czapki i rękawiczki. Dziewczyny nie mogą się zdecydować co leży i wygląda na nich najlepiej więc na wszelki wypadek kupują po cztery sztuki różnych wdzianek, niektóre z myślą o prezentach dla najbliższych. Ja kupuję natomiast klocek drewna, a dokładniej wyklejony z listewek na kawałku drewna jacht, zawiśnie po powrocie na jednej ze ścian w moim mieszkaniu.

Po wyrwaniu z trudem dziewczyn z targowiska udajemy się do centrum aby ponownie zapełnić nasze brzuchy. Tym razem zamawiamy kopiec frytek z kawałkami mięsa, szynki, sera i oliwek. Sycące, wręcz zapychające danie które z trudem udało się skonsumować do końca. Malini nie daje jednak odpocząć wpychając nas do pobliskiej lodziarni gdzie są najlepsze lody na wyspie. Zamówić można jedną lub dwie kulki, są tak duże, że trzecia by się już nie utrzymała. Ledwo trzymamy się na nogach, robimy więc krótki postój na murku tuż obok drewnianego kościoła pomalowanego jaskrawą żółtą farbą z dodatkowymi wykończeniami dwóch bliźniaczych wież w kolorze fioletowym i różowym. Czy to był zamierzony efekt lokalnego artysty po wypiciu Pisko Sour (lokalny drinki robiony z bimbru z winogron z dodatkiem kurzego białka, syropu cukrowego i cytryny, jest wysoce skuteczny w wywoływaniu szumu w głowie), a może tylko takie farby były dostępne w pobliskim sklepie? – tego się raczej nie dowiem.

Wsiadamy w busa i jedziemy do domu Maliniego. Tam obiecaliśmy choć przez chwilę zaopiekować się pięcioma tygodniowymi kotkami. Ich mama rano została porwana przez jakieś dzikie zwierzę, więc Ala, przyszły weterynarz, postara się je nakarmić mlekiem dla niemowląt. Razem z Olą i sąsiadką która też przyjechała z polski pieścimy i karmimy wszystkie kociaki po kolei. Są naprawdę malutkie, oczka jeszcze zamknięte a ich bojaźliwe piski bardzo cieniutkie. Mam nadzieję, że jednak przeżyją. Z trudem wytłumaczyłem Natalii że nie możemy zabrać jednej kulki na jacht, choć przyznam, że gdyby nie zdrowy rozsądek to sam zabrał bym i drugą.

Czas szybko leci i już po zmroku zajeżdżamy taksówką na przystań. Kierowca po krótkim zagadaniu i poinformowaniu, że płyniemy jachtem dookoła Świata rozgadał się na dobre. Wyciągnął swój telefon i pokazał mnóstwo zdjęć swojej żony i czterech dzieciaków, kota, konia i czegoś tam jeszcze. Pytał się przy tym skąd mamy pieniądze na taki rejs? Odpowiedziałem, że jak się nie ma żony, tylu dzieciaków i konia to pieniądze na rejs się znajdą. A może lepiej jednak mieć dzieciaki?

Dzień się jeszcze nie kończy, w przystaniowym domku znajduje się duży grill, a na nim skwierczą akurat kilogramy różnego rodzaju mięs. Dookoła załogi czterech jachtów które akurat są w marinie, morskie opowieści nie miały końca, a właściwie to ja nawet nie wiem kiedy był koniec bo trochę zmęczony po angielsku wymknąłem się do koi na łódkę.

03.04.2016
Dziś na wycieczce jest druga część załogi, a właściwie to wszyscy oprócz mnie, bo Alę i Natalię też wpakowałem do taksówki. Ja pilnuję jachtu i dokonuję prania oraz wymiany pompy fekaliowej. Ci którzy kiedykolwiek wymieniali pompę fekaliową wiedzą, że nie warto o tym pisać. Dobrze, że nikogo nie było na jachcie.

Malini się z nami pożegnał i wrócił do siebie do domu, wiem, że chętnie by z nami jeszcze popłynął, może zrobił by wtedy obiecane pierogi. Musi się jednak powoli pakować gdyż za kilka dni wyjeżdża z Olą na miesięczne wakacje do Buenos. Może się jeszcze gdzieś spotkamy, życie czasem przecież płata figle.

04.04.3026

Płyniemy do Puerto Montt, nic się nie dzieje, nuda…
 


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.