Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

19.07.2016

Miejscowość Atuona położona jest po drugiej stronie zatoki Tahauku w której zakotwiczyliśmy. Prowadzi do niej kilkukilometrowa droga na przebycie której potrzeba niecałą godzinkę jeśli pokonamy ją spacerem lub pięć minut jeśli złapiemy stopa. Na szczęście po naszej stronie zatoki, czyli tam gdzie jest możliwość dopłynięcia pontonem znajduje się jedyna w miasteczku stacja benzynowa, która to jest generatorem wracających do miasta samochodów. Zazwyczaj już drugi lub trzeci się zatrzymuje i tak udaje się oszczędzić nieco nogi oraz podeszwy moich klapków. Konwersacja z kierowcą nie jest zbyt burzliwa. Moja znajomość francuskiego się nie polepsza tak samo jak ich znajomość angielskiego. Zazwyczaj udaje się powiedzieć, że pochodzimy z polski i że jest tu ładnie. Czasem pada słowo Euro.

Sama miejscowość licząca sobie nieco ponad tysiąc mieszkańców nie jest zbyt interesująca. Domki rozrzucone są po niewielkim wzgórzu, a dwie główne drogi skupiają wokół siebie życie miejskie i turystyczne. Poczta, trzy sklepy spożywcze, kościół, ze dwie knajpy, muzeum, bank, rwąca rzeka przecinająca główną drogę i to koniec.

Ciekawe są jeszcze odwiedziny w lokalnej artesani z wyrobami lokalnych artystów. Można tu nabyć różnego rodzaju rzeźby w drewnie lub kamieniu oraz ręcznie robione grafiki. Wiele z tych dzieł jest naprawdę piękna ale przy tym dość droga. W tym przypadku nie płacimy za nazwisko artysty ale chyba za godziny które musiał poświęcić na wytworzenie swojego dzieła, a stawka godzinowa na Polinezji nie jest zbyt niska. Tak czy owak i ja zostałem szczęśliwym posiadaczem dużej drewnianej lekko rzeźbionej misy którą przeznaczę na owoce. I tak w naczyniu za jedyne czterysta złotych położę kiedyś jabłka po złotych cztery za kilogram. A kto bogatemu zabroni?

20.07.2016

Artur zainicjował wycieczkę małym terenowym suzuki po wyspie. Do auta wskakują też Natalia, Patrycja i ja. Szkoda tylko, że pogoda nie rozpieszcza, leje od rana z nieba. Może się przejaśni jak to bywa niemal codziennie. Najpierw udajemy się zachodni kraniec wyspy. Znajduje się tu duży kamienny kościół i plaża z dużymi falami na których dwóch surferów próbuje zaszaleć, a może walczy na tych falach o życie. Gdzieś w pobliżu powinien być posąg Tiki, szukając go odwiedziliśmy kilka prywatnych podwórek na których kończyły się wszystkie lokalne drogi.

Zmieniamy więc kierunek i przedzieramy się w kierunku środka wyspy. Gdzieś tam w lesie ukryty jest Smiling Tiki. Musimy dokładniej podpytać o jego lokalizację na pobliskim lotnisku, bo jak się okazuje znak przy drodze wskazujący na prowadzącą do niego dróżkę jest niewielkich rozmiarów i dość dobrze ukryty. Mapa narysowana pisakiem na desce przypomina niemal mapę skarbów, z narysowaną ścieżką, odległościami, strumykiem i dwoma palmami przy których należy skręcić prosto w las – powinno być łatwo.

Początkowa ścieżka to właściwie leśna droga. Teren jest dość podmokły, wszak niemal cały czas pada deszcz. Za strumykiem zgodnie z planem skręcamy w prawo. Powinniśmy przejść teraz osiemdziesiąt metrów aż napotkamy dwie palmy. Bułka z masłem? – niekoniecznie. Ścieżka to już właściwie samo błoto, nogi zapadają się po kostki, do tego jest bardzo ślisko. Padający coraz żwawiej deszcz dopełnia przyjemności zwiedzania wyspy. Gdzie są te dwie palmy? Są, ale nie dwie tylko dwieście dwadzieścia dwie, rosną po prostu co chwilę. Przydałby się jakiś niewielki znak, może jakaś strzałka na drzewie. Nie ma. Osiemdziesiąt metrów już dawno minęło, a my docieramy ostatecznie do tajemnej hodowli świń. Zlokalizowana w samym środku mało dostępnego lasu. Czemu tutaj? – zastanawiam się, gdyby to była uprawa marihuany to jeszcze rozumiem, ale świń? Nawet trudno tu dojechać.

Cofamy się trochę, szukam jakiś śladów, ścieżki w bok, dwóch palm obok siebie, złamanych gałązek na krzakach wzdłuż drogi które świadczyły by że ktoś przed nami tędy chodził.  Absolutnie żadnych szlaków, śladów, ani Tiki. A deszcz pada już rzęsiście. Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem czemu ktoś nie zainwestuje kilku złotych w dwie małe deseczki i umieści po drodze strzałki wskazujące na ten historyczny i ciekawy monument. Obiecuję sobie w myśli, że jeśli go znajdziemy to wrócę tu jutro i sam powieszę deseczki wskazujące drogę. Przyczynię się tym samym do znacznego rozwoju gałęzi turystycznej na Markizach.

Poddajemy się, nie dlatego że mamy nogi po kolana w błocie, ręce pocięte przez latające muszki a koszule całe mokre częściowo od potu a częściowo od deszczu. Poddajemy się bo nie mamy już pomysłu gdzie możemy iść. Potrzeba by chyba szwadronu wojska który idąc długą ławą przeczesywałby wszelkie zarośla. Ale wojska w pobliżu nie ma więc wycofujemy się i my.  Myjemy się w przydrożnej kałuży, wyciskamy koszule i pakujemy z powrotem do auta. Kierunek Puamau na północno-wschodnim krańcu wyspy, tam też znajdują się posągi Tiki.

Droga prowadzi mocno pod górę, początkowo asfaltowa, potem z płyty betonowej, w końcu żwirowa przechodzi ostatecznie w drogę błotnistą. Wiele na niej kamieni i kawałków krzaków. Do tego biegnie ona po stromych północnych zboczach, wije się i kręci odkrywając głównie przed moimi oczyma urwiska skalne i przepaście od których przejeżdżamy na metr. Deszcz nie przestaje padać, właściwie to jest już ulewa, a nasza wycieczka która miała być typu leisure and pleasure przerodziła się w Camel Trophy. Mijając jedno z kolejnych wzniesień dostrzegamy jak nasza przyszła droga wije się po kolejnych urwiskach skalnych spadając mocno w dół. Fatalne warunki pogodowe, rwące potoki przecinające drogę i popołudniowa godzina powodują, że decydujemy się zawrócić. Zbyt szalona stała się ta eskapada. Żegnajcie zatem Tiki, może znajdziemy was na jakiejś innej wyspie.

22.07.2016

Od rana przygotowania do wypłynięcia - tankujemy paliwo, robimy ostatnie zakupy żywności, podnosimy kotwicę i w drogę. Przed nami szalone dwanaście mil morskich przeprawy na kolejną wsypę – Tahuata, rzucimy nasz hak w zatoce tuż obok głównej miejscowości na wyspie Vaitahu.

Gdy rzucamy kotwicę jesteśmy jedynym jachtem w zatoce. Dookoła kilkusetmetrowe góry i niewielka wioska w dolinie. Po niedługiej chwili spadają na nas ze szczytów porywiste szkwały. Kotwica zaczyna się wlec, na szczęście po około trzydziestu metrach łapie „na mocno”. Wiatr ustaje. Ale takie porywiste wiatry dochodzące do ponad trzydziestu pięciu węzłów będą targały nami przez cały okres postoju.

Vaitahu to typowa wioska jakich wiele na Markizach – kilkadziesiąt domków ukrytych pośród bananowców i innych drzew i krzewów, jeden okazały kamienny kościół, niewielki cmentarz na wzgórzu, jeden sklep, niewielki urząd miejski, malutkie muzeum, plac do gier i zabaw. Na tym ostatnim akurat szum i gwar, zespół taneczny ćwiczy polinezyjskie rytmy. Okazuje się, że jutro rano odbędą się pokazy lokalnego i przyjezdnego zespołu, więc będziemy mieli okazję znów podziwiać tradycyjne tańce i śpiewy.

Póki co pozostaje zakupić dużą butelkę Oranginy za jedyne dwadzieścia złotych i przysiąść na murku przy placu na którym lokalesi grają w siatkówkę oraz bule, a dzieciaki biegają i zaczepiają Marina, który uczy ich stania na głowie. Z trzema pokaźnymi kiściami bananów wracamy już po zmroku na jacht.

23.07.2016

Rano udajemy się niemal całą załogą na brzeg i spacerowym krokiem udajemy się na plac miejski. Punktualnie o godzinie dziesiątej przy głośnych rytmach wygrywanych na kilku bębnach na plac wkracza przyodziany w stroje z liści zespół gości. Rozpoczyna się pokaz. Dużo w nim kręcenia biodrami przez dziewczęta, bojowych okrzyków męskich, i historia którą opowiadają i w której pojawia się zarówno bóg Tiki jak i pierwsi katoliccy misjonarze. Podobną historię przedstawia także zespół lokalny, a całość występów trwa około dwóch godzin. Zwróciłem szczególną uwagę na kilkunastoletnią dziewczynkę która w zespole gospodarzy grała na jednym z największych bębnów. Będąc niewiele wyższa od niego wygrywała wszelkie rytmy z niezwykłą precyzją i zaangażowaniem. Fajna atmosfera, szkoda, że znów zaczął padać deszcz.

Wracamy wszyscy na jacht, chcąc uniknąć kolejnej nocy z porywistymi spadowymi wiatrami ruszamy dalej, do sąsiedniej niewielkiej mieściny o nazwie Hapatoni. Kotwiczymy w pobliżu dużego luksusowego jachtu, który spotkaliśmy już w Atuonie. Nazywamy go „jaśnie Pan”, a to z powodu łatwo zauważalnej zatrudnionej załogi której celem jest utrzymanie jachtu w wysokim błysku i spełnianie zachcianek jego właściciela, którego jeszcze nie udało nam się namierzyć.

24.07.2016

Jak co niedzielę rano ruszam z Arturem i Markiem do lokalnego kościółka na mszę świętą. I jak zawsze podziwiam pieśni i śpiewy jakie tam rozbrzmiewają. Tym razem szczególnie w pamięć zapadnie mi ostatnia z wykonanych pieśni o miłosierdziu Bożym (tj. zamieszczony już na naszej stronie utwór Hapatoni Song). Jak się później dowiemy jest to hymn odbywających się wkrótce Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, tu zaśpiewana oczywiście w języku Polinezyjskim. Zaśpiewany na kilka głosów, z podziałem na rolę damską i męską brzmi pięknie.

A po kościele jak to jest chyba w lokalnym zwyczaju, mieszkańcy a za nimi i my udajemy się na mały poczęstunek. Za niewielką opłatą nabywamy smaczne ciasto którym się dość łapczywie zajadamy. Przy okazji naszej wizyty lokalni artyści w dziesięć minut organizują kilka niewielkich stoisk na których prezentują swoje wyroby. Małe posągi Tiki, żółwie, płaszczki i inne typowo Markeskie wzory, starannie wyrzeźbione w kościach ryb i zwierząt albo w drewnie mogą stanowić przywieszkę, kolczyki, bransoletkę lub po prostu ozdobę do postawienia na półkę. Oczywiście największy popłoch jest wśród naszych dziewczyn, które z portfela wyciągają wszystkie swoje ostatnie zaskórniaki, a przyznać muszę że tanio nie jest. Ulegam i ja tej artystycznej magii, kupując wisiorek z Tiki wykonany z krowiej kości oraz drewnianą ozdobę w lokalne wzory. Będą stanowić kolekcję pamiątek z podróży którą sumiennie zbieram od początku i która wypełnia mi już całą bakistę pod koją.

25.07.2016

Wcześnie rano, a dokładnie o 07:34, wraz z pierwszymi promieniami słońca podnosimy kotwicę i ruszamy ponownie w kierunku Vaitahu, gdzie mamy nadzieję nabyć kilka świeżych bagietek na śniadanie. Okazuje się jednak na miejscu, że jak dzień wcześniej nie zamówisz pieczywa to go nie nabędziesz. Każda sztuka ma swojego planowanego nabywcę, a lokalny piekarz nie robi nic na zapas lub dla błąkających się żeglarzy. Z trudem wybłagaliśmy dwie sztuki (pewnie ktoś przez nas nie dostanie swojego pieczywa, być może sklepowa) z którymi wracam na jacht i ruszamy dalej do odległej o kilka mil zatoki z piaszczystą plażą. Cumujemy tam jeszcze przed południem i niemal wszyscy zażywamy kąpieli słonecznych oraz wodnych. Furorę robi duża płaszczka, być może Manta szlajająca się w pobliżu skał.  Na brzegu znajduje się niewielki palmowy zagajnik, czyjaś letnia posiadłość oraz młody pies który daje się zagłaskać Natalii.

Nie było pieczywa w Vaitau może będzie w Atuonie w której ponownie stajemy na kotwicowisku na kilka godzin aby zrobić małe zakupy i uzupełnić z bankomatu zapasy franków polinezyjskich. Wieczorem opuszczamy wyspy południowe Markizów, obierając kurs na pierwszą z wysp północnych – Ua Huka.

26.07.2016

Po kilkunastu godzinach żeglugi w półwietrze rzucamy kotwicę w zatoce Hane, nieopodal miejscowości o tej samej nazwie. Według wielu ekspertów, to właśnie tu dopłynęli pierwsi Polinezyjczycy zasiedlając później pozostałe wyspy Markizów. Dziś jest tu niewielkie muzeum, kilkudziesięciu mieszkańców i posągi Tiki ukryte gdzieś na uboczu. Niestety nie możemy zejść na ląd, fala przyboju jest dość znaczna, a brak tu jest kawałka jakiegokolwiek nabrzeża aby móc zacumować bezpiecznie pontonem. Lądowanie na kamienistej plaży mogłoby się zakończyć uszkodzeniem pontonu, z żalem więc po zjedzeniu na śniadanie pysznej owsianki z owocami rwiemy kotwę i w drogę. W Pobliskiej Vaipaiee powinno być lepiej.

Wieś licząca około kilkuset mieszkańców ciągnie się wzdłuż głównej drogi biegnącej przez dolinę. Domki poukrywane są pośród bardzo bujnej roślinności, a dla nas dostępne są dwa sklepy spożywcze, poczta, urząd miasta i biuro Air Tahiti (czyli to samo co zawsze). Moja eskapada zakończyła się ponownie wraz z ostatnimi łykami Oraniny, zimnego napoju nabytego w jednym ze sklepów, to jakby moje paliwo – jak się kończy to się przegrzewam i staję. Jest niesamowicie gorąco i wilgotno, aż trudno sobie wyobrazić życie w takich warunkach, choć jak mawiał klasyk gatunku, człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić.

Wieczorem okazuje się, że Marcin z Magdą spotkali jakiegoś lokalsa który zna angielski i który zaoferował wycieczkę po wyspie. Zwiedzanie z przewodnikiem to jest to co lubię, może tym razem znajdziemy zaginionego boga Tiki.

27.07.2016

Wcześnie rano stawiamy się w szóstkę pod lokalnym urzędem miasta (niewielki domek z dwoma pomieszczeniami) gdzie mamy spotkać się z panem Roca. Znak rozpoznawczy jaki podał nam Marcin – duży gość z tatuażem na prawej ręce i zielony Land Rover. Spoko, tylko tutaj co drugi gość jest duży, a każdy ma jakiś tatuaż. Samochodu zaś brak. Udaje nam się jednak z nim odnaleźć (tatuaż jest a samochód okazał się czerwony). Ładujemy się na pakę i jedziemy do muzeum historycznego wyspy, które nietypowo znajduje się w przysłowiowym szczerym polu w połowie drogi pomiędzy miejscowościami Vaipaee a Hane. Może to był kompromis przy doborze jego lokalizacji przez obie wsie.

Przed muzeum znajduje się duży trawiasty plac na którym co roku odbywają się główne pokazy festiwalowe na wyspie. Dookoła umiejscowiono wiele współczesnych posągów Tiki – niektóre z nich to dar mieszkańców innych wysp a nawet atoli. Po tegorocznym festiwalu opadł już kurz, kierujemy zatem swe kroki do muzeum i podziwiamy wykopane na wyspie kilkusetletnie haczyki, narzędzia, wyroby z kamienia, kości i drewna, bogate kolekcję posągów i bóstw, rekonstrukcje pradawnych łodzi typu pirogi oraz kolekcje starych zdjęć.

Odwiedzamy także nieco eksperymentalny ogród botaniczny z drzewami głównie cytrusowymi. Okazało się, że rząd francuski postanowił zasadzić i pielęgnować tutaj ponad sto trzydzieści rodzajów drzew i krzewów. Każde z nich jest dokładnie badane, szczególnie pod kątem asymilacji z tutejszą glebą, odpornością na panujące warunki pogodowe oraz jakością otrzymywanych owoców. Po zakończeniu tych badań, trzydzieści najlepszych i najodporniejszych drzew będzie rozsadzane po całej wyspie a może i całych Markizach. Kilku owoców posmakowaliśmy, ale ich nazw nie jestem w stanie przytoczyć, a smaków opisać.

Po południu opuszczamy Ua-Huka i ruszamy na największą wyspę Markizów – Nuku Hiva. Niecałe czterdzieści mil pokonujemy płynąc „na motyla”, a do zatoki Taiohae wpływamy już po zmierzchu.

29.07.2016

Miasteczko Taiohae to największa miejscowość na Markizach, liczy sobie „aż” tysiąc sześciuset mieszkańców. Istna metropolia z pocztą, bankiem, biurem Air Tahiti, dużym kościołem (oj przepraszam, formalnie jest to katedra Notre Dame), kilkoma sklepami, barami i knajpkami, małym szpitalem, dentystą, artisanatem z ręcznie robionymi pamiątkami i… studiem tatuażu.

Miejscowość leży nad zatoką, niemal ją obejmując dookoła. Z drugiej strony, jak to bywa na Markizach, wyrastają niemal pionowe osiągające kilkaset metrów góry,. To otoczenie kreuje niemal bajkowy świat, można oko i obiektyw aparatu nacieszyć pięknymi widokami.

Wspominałem coś o studiu tatuażu? Od rana za kotarą na stołku siedzi Grześ, a lokalny artysta nanosi mu na lewe przedramię Markezki wzór. Jest na nim kamień mocy, żółw, krzyż południa no i oczywiście bóg Tiki. Całość wygląda zacnie, zresztą tutaj w te nietypowe wzory wytatuowani są niemal wszyscy mężczyźni i kobiety, a dzieciaki chyba aby się upodobnić robią sobie czasem tatuaż pisakiem. Tak czy owak, Grześ ma pamiątkę z podróży na całe życie.

Dziś i jutro wieczorem w lokalnej sali balowej odbędą się pokazy tradycyjnego tańca i śpiewu. Nie wiem czy my mamy takie szczęście, że niemal w każdej miejscowości załapujemy się na pokazy, czy też oni po prostu wszędzie przez cały lipiec się tańczą i bawią. Prawda leży pewnie gdzieś po środku, tak czy owak tutaj mają być najlepsze, największe i najbardziej kolorowe występy. Tyle tylko, że wieczorem mam wachtę kotwiczną więc jestem uziemiony, ale służba nie drużba, dobrze że imprezy będą odbywać się przez dwa dni.

30.07.2016

Miejscowość nie jest zbyt wielka, więc dziś udało mi się ją przejść tam i z powrotem ze trzy razy. Najczęściej odwiedzanym obiektem jest „Magazin”, czyli sklep spożywczy, a najczęściej kupowanym produktem Coca-Cola w litrowej szklanej butelce – dziś w Polsce już nieosiągalna. Punktem kulminacyjnym dnia są oczywiście występy. Na wszelki wypadek przychodzimy godzinkę wcześniej aby zająć miejsca w pierwszym rzędzie. Przed zebraną publicznością prezentują się trzy zespoły z trzech różnych wysp. Przyznam szczerze, że te występy są najbardziej profesjonalne, najrówniejsze, synchroniczne, ale brakuje mi w nich pewnego luzu, uśmiechu, drobnych pomyłek oraz zaangażowania jakie widziałem na twarzach ludzi tańczących w Omoa lub Vaitahu.

Występ pewnie przeszedłby bez echa gdyby nie fakt, że pod jego koniec jeden z wojowników postanowił do tańca włączyć dwie osoby wybrane spośród kilkuset zgromadzonych na sali. Zgadniecie kogo wybrali? No kogo? Wymachiwanie rękami i robienie groźnych min nawet mi jakoś wychodziło, trudniej było ze śpiewaniem, znajomość lokalnego języka jest u mnie na tym samym poziomie co francuskiego, a pieśń słyszałem wszak pierwszy raz. Przede mną pośród siedzących kobitek bujała się jeszcze Natalia. I tak zostałem bohaterem wieczoru o czym miałem się przekonać dopiero jutro.

31.07.2016

Rano jak co niedzielę udaję się z Arturem i Markiem do kościoła. Tym razem jesteśmy w katedrze Notre Dame. Z wyglądu to jednak bardziej kościółek, choć faktycznie jest największy ze spotkanych dotychczas na Markizach. Mszę prowadził biskup, śpiewy były jak zawsze piękne, ludzi dość dużo, do tego podczas mszy ochrzczono dwóch małych nowych polinezyjskich katolików. Po mszy biskup rozmawia ze swoimi wiernymi przed bramą kościoła, podchodzimy do niego i my by go pozdrowić i powiedzieć skąd przybyliśmy. Jeszcze dobrze nie otworzyłem ust a już usłyszałem bardziej stwierdzenie niż pytanie: „to ty wczoraj wieczorem tańczyłeś z zespołem”. Widać i on był gdzieś za kulisami. Gdy mówię mu że jesteśmy z Polski od razu odpowiada hasłem „Światowe Dni Młodzieży”. To że płyniemy dookoła Świata nie robi na nim większego wrażenia, ale przecież większość żeglarzy tu zapływających (a jest ich setki każdego roku) odbywa podobną podróż.

Po kościele odwiedzamy sklep spożywczy. Przed jego wejściem trafiamy na „nasz” zespół muzyczny i od razu przybijam piątkę z kilkoma wojownikami którzy bezbłędnie mnie rozpoznają. Mam nadzieje, że to bardziej po mojej charakterystycznej koszuli z Moai a nie po gabarytach. Tak czy owak do końca dnia jeszcze kilka osób witało się ze mną i gratulowało wczorajszego występu. Czuję się jakbym został jakimś lokalnym celebrytą.


Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.