Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

13.08.2016

Atole Tuamotu to takie jakby obwarzanki. Mają najczęściej kształt owalu a w środku wypełnione są wodą tworząc wewnętrzną lagunę. Sam ląd dookoła niej jest zazwyczaj niezwykle cienki, ma nie więcej niż kilkaset metrów szerokości. Do tego poprzecinany jest czasem płytką rafą dzieląc całość na dziesiątki mniejszych podłużnych wysp. Niektóre z atoli posiadają jedno, rzadziej dwa wejścia, na tyle duże że możliwe jest wpłynięcie jachtem do środka. Są dość wąskie, płytkie i do tego bardzo trudne nawigacyjnie ze względu na bardzo silne prądy przy wejściu.

Z pierwszymi promieniami wschodzącego po drugiej stronie atolu słońca podchodzimy do wąskiego przesmyku aby spróbować wskoczyć do środka. Już z daleka przez lornetkę widać, że coś się tam dzieje. Krótka, niewysoka ale niemal pionowo stojąca fala tańczy po powierzchni wody. Do tego pojawiające się wiry przepychają masy wody w różnych kierunkach. Nie ma się co zastanawiać, musimy spróbować i kieruję dziób Wassyla prosto na przesmyk. Z każdą minutą zwiększam nieco obroty silnika by osiągnąć w końcu całą na przód. A nasza prędkość powoli maleje. Silny przeciwny prąd, wiry i stojące fale co chwile próbują odwrócić dziób naszej łajby. Muszę nakręcić się nieźle sterem by próbować utrzymać kurs. Często należy płynąć nieco w bok aby łódka spychana tym silnym prądem podążała we właściwym kierunku – takie jakby driftowanie. W najwęższej części wejścia do atolu, o szerokości ledwie siedemdziesięciu metrów poruszamy się z prędkością jednego węzła. Normalnie było by to prawie siedem, więc blisko sześć węzłów przeciwnego prądu próbuje nam uniemożliwić wejście do środka. Uważne sterowanie, cierpliwość i po pół godzince przejście mamy już za sobą. Woda się uspokaja, nabieramy normalnej prędkości i płyniemy wzdłuż wybrzeża do jedynej na wyspie miejscowości o nazwie Ngarumaoa. Rzucamy kotwicę nieopodal niewielkiego betonowego pirsu tworzącego niewielki porcik. Szybki rekonesans pontonem oraz sprawdzenie głębokości na wejściu i wewnątrz portu prowadzi do wniosku, że możemy bezpiecznie tam zacumować. Pytamy jeszcze o zezwolenie panią burmistrz, a otrzymując zielone światło podnosimy kotwicę i po blisko czterech miesiącach stania wyłącznie na kotwicy ponownie stajemy burtą Wassyla do kei. Super, tym bardziej, że zapowiadane są dość silne wiatry, a my będziemy osłonięci dużą ilością nowiutkiego równego betonu.

14.08.2016

Atol Raroia leży w północno–wschodniej części wysp Tuamotu. Można by rzec, że jest trochę poza głównymi szlakami setek jachtów przemierzających te wody każdego roku. Nie zawitalibyśmy tu i my gdyby nie jego historia. W roku 1946 na jego wschodniej rafie swoją wyprawę zakończyła ekspedycja Kon Tiki, zorganizowana i poprowadzona przez norweskiego naukowca Thora Heyerdahl’a. W ten sposób udowodnił, że możliwe było przed wiekami przepłynięcie na prymitywnych drewnianych tratwach z Ameryki Południowej na wyspy Pacyfiku tworzące dziś Polinezję Francuską. Chciał w ten sposób udowodnić także, że wyspy te zostały zasiedlone przez ludzi płynących ze wschodu. Ta teoria do dziś pozostaje kontrowersyjna, ale wyczyn Heyerdahl’a i jego załogi poznał cały świat, głównie poprzez świetnie napisaną książkę opowiadającą o losach wyprawy. Gdybym zadał pytanie czy warto odwiedzić wyspę na której zakończyła się wyprawa Kon Tiki to ktoś odpowiedziałby, że nie? Oczywiście, że wszyscy są na tak, dlatego właśnie tu jesteśmy.

Dziś na atolu Raroia mieszka około sto pięćdziesiąt osób. Klasycznie już jak to w zamorskich terenach Francji we wsi znajduje się kościół, urząd miasta, trzy sklepy, straż pożarna, szkoła dla najmłodszych dzieci oraz budka telefoniczna – tym razem nawet dwie. Zabudowania kończą się lotniskiem umożliwiającym komunikację ze Światem (głównie z sąsiednimi atolami i Papeete). Jak dowiedzieliśmy się od miejscowych, wyspę rocznie odwiedza około dwieście osób wliczając w to żeglarzy i turystów przylatujących samolotem. To nie dużo, ale dla mieszkańców to i tak duże urozmaicenie w ich codziennym życiu. Coś co mnie zaskoczyło to dość dobra znajomość angielskiego wśród mieszkańców – bez trudu można się porozumieć z wieloma mieszkańcami.

Atole Tuamotu to także perły. Na większości z nich są farmy, a otrzymywane perły o ciemnym zabarwieniu są uznawane na całym Świecie. Każdy z nas chce na pamiątkę zdobyć kilka okazów, może nie tych najpiękniejszych ale kilka mniejszych na pamiątkę i jako prezent dla znajomych by się przydało. Najłatwiej je kupić, już po chwili trzy grupki oferujące perły się kręciły dookoła nas. Ale ceny są porażające – trzydzieści, czterdzieści dolarów za małą perłę to przesada. Wiem, że chcą nas naciągnąć. Możliwy jest też handel wymienny, ale duża flaszka wódki którą wiozę od Argentyny na tą okazję jakoś nie znajduje tutaj uznania. Koniec końców targu dobiła jedynie Alicja nabywając kilka małych pereł za buty sportowe i okulary przeciwsłoneczne. Ja czekam cierpliwie na kolejne atole – parcia nie mam.

Życie we wsi kręci się między innymi pod sklepem prowadzonym przez Francuza pochodzącego z Nowej Kaledonii – Geralda. Przed sklepem stoi stolik i kilka krzesełek na których niemal zawsze ktoś odpoczywa przy lokalnym piwku Hinano. Czasem przysiądziemy i my prowadząc ciekawe konwersacje. Dowiadujemy się między innymi, że wszystkie dzieci powyżej dziesiątego roku życia wyjeżdżają na dalszą naukę szkolną na większe wyspy gdzie spędzają kolejnych osiem lat albo i dłużej jeżeli podejmują studia. To dlatego na wsi widać jedynie małe dzieciaki i dorosłych. Ludzie żyjący tu uważają się za szczęśliwych, żyją spokojnie, bezpiecznie i powoli. Nigdzie im się nie spieszy, i jak twierdzą wakacje trwają cały rok. Tu na Raroi prawie wszyscy mają pracę, większość na trzech działających farmach pereł, część przy uprawie kopry, reszta w budżetówce i przy własnym niewielkim biznesie. Jak mi powiedział jeden z mieszkańców, on nawet nie wylatuje nigdzie na urlop, bo tu ma wszystko.

Wieczorem przy sklepie zbieramy się większością załogi. Ktoś przywozi głośnik podłączony do akumulatora samochodowego. Grześ odtwarza muzykę z komputera, a wszyscy razem obchodzimy dziewiętnaste urodziny uroczej lokalnej polinezyjskiej dziewczyny nazywającej się Ma Nava. Czas płynie błogo, zimna cola smakuje wyjątkowo orzeźwiająco i tylko wkurzają komary gryzące nas po nogach gdzie popadnie – widać poczuły świeżą, odmienną krew.

15.08.2016

Szykujemy się do wyjścia – tankujemy wodę którą ze swoich prywatnych zapasów przywiózł nam quadem na keję właściciel jednego ze sklepów, mocujemy wszystko na pokładzie, robimy ostatnie zakupy i punktualnie o siedemnastej oddajemy cumy. W przesmyku atolu który tak nam utrudniał wpłynięcie do środka tym razem płyniemy z prądem, licznik momentami pokazuje ponad dziewięć węzłów, chwila moment i jesteśmy na otwartym oceanie.

Obieramy kurs na Makamo, jeden z większych atoli w okolicy, do pokonania ledwie osiemdziesiąt mil więc jutro powinniśmy być na miejscu. A Raroia żegna nas deszczem i bardzo słabym niestabilnym wiatrem. Ostatecznie stawiamy nasz ogromny zielony genaker i powoli podążamy do celu. Przez całą noc wiatr wieje trochę z innego kierunku niż zapowiadają to prognozy pogody, ale nadal sprzyja.

 

 

Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.