Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

02.09.2016

Przypłynęliśmy do największej chyba „dziury” w okolicy. I to celowo. Po pobycie na Taravai lubimy odwiedzać dzikie, ciekawe i dość odludne miejsca. Na naszą „dziurę” składa się kilka domków zbudowanych z żerdzi otoczonych plecionymi liśćmi palmowymi które chyba w sezonie robią za pensjonacik, niewielka restauracja z otwartą salą dla gości zbudowaną na palach nad wodą, kilka wiat i komórek w której trzymane są stare sprzęty rybackie, kilka świń, z dziesięć psów i sześć osób zamieszkujących ten teren. I do tej „dziury” przypłynęło właśnie sześć jachtów, więc chyba coś magicznego w tym miejscu musi być. Wcale nie naginając statystyki można wywnioskować, że więcej tutaj żeglarzy niż mieszkańców. 

Po raz pierwszy na Tuamotus stajemy na boi - te przywiązane są łańcuchem dookoła umarłych już korali. Na szczęście nie brakuje też i tych żywych, najbliższe oddalone są od łódki o kilkadziesiąt metrów. Skoro miejsce to słynie z podwodnego świata to wciągam piankę i płetwy i siup do wody. Setki kolorowych różnorodnych rybek zawieszonych w toni wodnej otacza korale ciągnące się po horyzont (hmmm…, mam ciekawe pytanie, czy pod wodą możemy mówić o horyzoncie?). Fajne jest to, że można do nich podpłynąć na kilkadziesiąt centymetrów, wystarczy jednak wtedy zrobić jeden gwałtowniejszy ruch a one w mgnieniu oka chowają się w szczeliny pomiędzy koralami. Fascynujący jest ten kolorowy podwodny Świat.

Udaję się po południu na ląd, gdzie żywot wiedzie Valentine i Gaston, prowadząc swoje niewielkie gospodarstwo i restaurację (akurat zamkniętą bo jak twierdzą jest po sezonie). Mimo to goszczą nadal u siebie przybywających tu żeglarzy. Można u nich zjeść rybkę i spędzić kilka chwil na werandzie w otoczeniu wielu morskich pamiątek. Są u nich też księgi pamiątkowe do których wpisują się goście. Znaleźliśmy w jednej z nich wpis dwójki polskich żeglarzy, niestety nazwy jachtu już nie pamiętam. Zatem pierwsi tu nie jesteśmy. Odwiedzające to nietypowe miejsce załogi jachtów potrafią spędzić tu tydzień albo i dwa, rozkoszując się ciszą, pięknym otoczeniem, rafą koralową i błogim spokojem. My jednak już jutro ruszamy dalej, na kolejny atol – Apataki.

03.09.2016

Po porannej krzątaninie oddajemy cumę z boi i ruszamy na „długi” przelot liczący sobie aż dwadzieścia pięć mil morskich. Płyniemy jak zwykle z wiatrem, a siłą napędową jest tym razem grot na pierwszym refie. Drogę pokonujemy w niecałe pięć godzin i na koniec mojej wachty wchodzimy w kolejny niewielki przesmyk - Passe Haniuru, prowadzący do wnętrza atolu. Po środku tego przesmyku po prawej stronie znajduje się kawałek betonowej kei specjalnie zbudowanej na potrzeby cumowania statku z zaopatrzeniem, który przybywa tu raz na tydzień. A że akurat keja jest wolna to korzystamy z okazji i na siedmiu cumach aby zabezpieczyć się przed silnymi prądami cumujemy „na mocno”. Jesteśmy w jedynej a więc i największej miejscowości w atolu o nazwie Niutahi, liczącej sobie około trzystu mieszkańców. Jak na standardy polinezyjskie to całkiem duża miejscowość. Obok nas jest poczta i potężna antena satelitarna, to  łączność mieszkańców ze Światem, może więc będzie nieco bardziej przyzwoity Internet.

04.09.2016

Internet przez chwilę był dostępny, nawet na łódce, ale powolny jak zawsze, a po chwili  znikł. Pewnie trzeba zresetować lokalny router, ale ten znajduje się na poczcie, a dziś jest niedziela, więc do poniedziałku rano nikt tego nie zrobi. Może to i dobrze, bo zamiast siedzieć z nosem w komputerze wybieramy się na miasto. Jak zwykle trochę przeszkadzam, bo owe miasto to raptem trzy w miarę równoległe drogi ciągnące się może przez osiemset metrów, przy czym te zewnętrzne tworzą jakby owal. Przy nich gdzie niegdzie posadowione są domki, zbudowane z jakiejś dykty lub blachy falistej. Muszę przyznać, że na Polinezji nie przykłada się zbyt dużej uwagi do konstrukcji, wyglądu i wyposażenia budynków mieszkalnych. Całość przypomina jakby trochę większe altanki które spotyka się u nas na działkach, tylko że tutaj, na co drugiej działce stoi dodatkowo duża łódź z minimum stu pięćdziesięciu konnym silnikiem i samochód. Gdzie oni jeżdżą jak cała wyspa ma może kilometr długości. Bywają też nieco większe i solidniejsze chałupy z dużymi zadaszonymi werandami - przypominają z wyglądu styl kolonialny. Największa we wsi należy chyba do lokalnego biznesmena, który zarządza jedyną ale i potężną farmą pereł znajdującą się zresztą nieopodal. Do tego u niego na podwórku stoi kilka maszyn budowlanych i duża nowoczesna hala, a całość kończy własny prywatny basen portowy na większe i mniejsze motorówki. Widać, że trochę kasy tu zainwestowano, nie widać jednak żadnego ruchu. Ludzie pochowali się zapewne przed gorącem słońca znajdującego się akurat w zenicie. Ciekawi mnie jak tętni tu życie w normalny roboczy dzień tygodnia – sprawdzę jutro.

W jedynym sklepie we wsi kupuje flaszeczkę coli i kilka zupek chińskich, na tyle mnie stać przy tych strasznych cenach. I tak za całość płacę niemal czterdzieści złotych. Zauważam przy okazji, że w niedzielę sklep jest czynny aż przez godzinę, tuż po mszy świętej, a w każdy dzień roboczy przez dwie godziny rano i godzinę po południu. Cenią sobie swój czas tutaj, nie ma się co przepracowywać. A gdzie całodobowy do którego można by wyskoczyć po ciasteczka na nocnej wachcie?

05.09.2016

Większość dnia spędzamy snorkując. Tuż obok nas znajduje się rafa w której pływają setki, a może nawet tysiące małych i średnich rybek. Pośród nich przesuwamy się i my pływając niczym lwy morskie (tak sobie wyobrażam to ja), albo raczej niezdarne małe wieloryby (co może być bliższe prawdzie). Ale radości przy tym jest dużo. Na kei obok nas kilku lokalesów łowi ryby. Nie mają wędki ani kołowrotków za setki złotych, a jedynie grubą żyłkę nawiniętą na jakiś plastikowy baniak do której na wolnym końcu przywiązany jest niewielki pręt zbrojeniowy służący za ciężarek oraz nieco wyżej dość duży hak na którym spoczywa kawałek mięsa jako przynęta. Sprawne ruchy sprowadzające się do wyczucia w którym momencie ryba skupie przynętę, mocne zaciągnięcie, i co chwilę na kei pojawia się nowa czterdziesto centymetrowa rybka, która jeszcze dziś skończy w jakimś lokalnym domu na patelni.

06.09.2016

Jak to mawia pewien szacowny bosman z pewnego znanego polskiego żaglowca „rachuj, rachuj, wszystko na nic…”. Chcieliśmy postać w Apataki jeszcze jeden dzień, ale o piątej rano Marcin zauważył na AIS zbliżający się do przesmyku statek dostawczy, który z pewnością będzie chciał zacumować przy kei do której właśnie stoimy, więc musimy wiać w zorganizowanym pośpiechu. Udało się w pięć minut zwinąć tent, przymocować najważniejsze rzeczy na pokładzie i oddać cumy. Ze statkiem mijamy się już na zewnątrz atolu. Przy tej okazji potwierdziła się słuszność trzymania całodobowych wacht na Wassylu, co poddawała w wątpliwość czasami część załogi, zwracając uwagę, że przy kei nic złego stać się nie może więc wachty są zbyteczne. Ja, podobnie jak Artur uważam, że przy tak licznej załodze powinniśmy jednak trzymać przynajmniej jedno osobowe wachty. Nie tylko kontrolujemy poziom naładowania akumulatorów uruchamiając we właściwym momencie agregat, ale też po prostu pilnujemy naszego domu i dobytku. Nie podejrzewając absolutnie tubylców o złe zamiary mamy jednak oko na nasz ponton, silniki zaburtowe oraz cumy czy kotwicę. A w tym przypadku Marcin dostrzegając wystarczająco wcześnie podchodzący do Apataki statek zapobiegł międzynarodowemu skandalowi morskiemu oraz nocnym nerwowym manewrom w wąskim przesmyku z silnym prądem i dużym statkiem tuż obok.

Spokojnie kończymy klar na i pod pokładem i obieramy kurs na następną wyspę, na największy, najbardziej zaludniony i najbardziej turystyczny atol – Rangiroa. Tyle, że mamy do niego niecałe dziewięćdziesiąt mil a jest szósta rano, więc jak byśmy nie płynęli to wejście nam wyjdzie kolejnej nocy, czego w wąskich burzliwych wejściach do atoli się stanowczo nie poleca. Co tu zatem zrobić… - pamiętacie Petryczka Ocean Race? Tak, to zbiór zasad jak płynąć żeby prawie nie płynąć. Więc w tym przypadku zasadne jest by je zastosować. Stawiamy grota na trzecim refie i najmniejszego foka wybranego „na blachę” i puszczamy się ospale z wiatrem. Wieje prawie dwadzieścia węzłów, a u nas na liczniku niecałe cztery (normalnie mogło być ich sześć), a i to jest za szybko, najwyżej tuż przed finiszem staniemy w dryf.

Po drodze mijamy atol Arutua płynąc dość blisko zawietrznego brzegu. Tam dostrzegam przez lornetkę stojący na rafie koralowej wrak całkiem dużego statku. Rdza już dość mocno zjadła kadłub, a całość wygląda dość przerażająco i przypomina mi, jak niebezpieczne są te atole. Niskie, niemal nie widoczne z większej odległości, nieoświetlone w nocy, pomimo dostępnej nawigacji satelitarnej i coraz dokładniejszych map potrafią nadal zagrozić żeglującym tu jachtom i statkom. Kilka miesięcy temu pewien duży amerykański jacht wszedł na rafę na zewnątrz atolu Apataki. Kapitan zeznał później, że płynął wzdłuż brzegu w bezpiecznej odległości, było tuż po zmroku, ciemno, mapa i radar nie pokazywały żadnych zagrożeń, a mimo to nagle uderzył w rafę. Został ewakuowany wraz ze swoją żoną helikopterem, a jacht po kilku dniach ściągnięto na głęboką wodę gdzie zatoną. Ta smutna historia ponownie nas uświadamia, że wakacje wakacjami ale czujność musi być przez cały czas na najwyższym poziomie.       

08.09.2016

Żegluga zgodnie z regułami Petryczka Ocean Race oraz dodatkowy dwugodzinny dryf dają właściwy efekt i tuż po ósmej rano, z rozświetlonym już niebem i sprzyjającym prądem spokojnie pokonujemy przejście Tiputa i rzucamy kotwicę nieopodal miejscowości Avatoru. Wraz z niemal bliźniaczą miejscowością Tiputa znajdującą się po drugiej stronie przesmyku tworzą one niemal metropolię, liczącą blisko dwa tysiące mieszkańców. Do tego restauracje, pensjonaty, cztery centra nurkowe, kilka sklepów, dwa bankomaty, lotnisko, poczta – istna metropolia, oczywiście w porównaniu do pozostałych miejscowości archipelagu Tuamotu. Czyli czeka nas tutaj raj...

Z widelcem w talerzu z krewetkami nadawał Bolo

 

  • 20160902-224724
  • 20160902-224744
  • 20160902-224945
  • 20160902-225604
  • 20160902-231736
  • 20160902-235425
  • 20160903-001657
  • 20160903-231247
  • 20160903-231542
  • 20160904-173412
  • 20160904-173437
  • 20160904-173459
  • 20160904-180404
  • 20160904-181728
  • 20160904-181929
  • 20160904-183422
  • 20160904-184241

Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.