Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

24.09.2017

Od trzech dni płyniemy w kierunku Borneo, a dokładniej do miejscowości Kumai leżącej na południu wyspy. Pewnie nie byłoby o czym pisać, bo w miarę stałe i niezbyt silne wiatry nie generują zbyt ciekawych przygód na morzu. Ale w żeglarstwie prawie nigdy "nic się nie dzieje". Tym razem mamy zmasowany atak dwóch czynników – rybaków i przelotnych burz.

Ci pierwsi otaczają nas ze wszystkich stron. Rybak indonezyjski pływa niewielką drewnianą łódką która nie ma nadajnika AIS, więc nie widać jej z daleka na ploterze. Nie ma też zgodnego z przepisami oświetlenia, co umożliwia jego identyfikację wzrokową w nocy. Dobrze, jeśli jest to rybak łowiący kalmary, bo oświetlony jest mocnymi białymi światłami (kalmary idą do światła) widocznymi z dużej odległości. Ale w pozostałych przypadkach taki indonezyjski rybak ma jedynie jakieś mrugające światełka choinkowe kupione zapewne na styczniowej wyprzedaży albo wyłącznie latarkę, którą uruchamia w ostatniej chwili aby zaznaczyć swoją obecność. Indonezyjski rybak nie specjalnie przejmuje się jachtami, może nawet i statkami, na porządku dziennym i nocnym jest wyrzucenie sieci tuż przed dziobem żeglującego jachtu. Nie wiem, czy jest to z ich strony najwyższy poziom ignorancji czy też próba wyłudzenia odszkodowania w przypadku wjechania i uszkodzenia sieci. Tak czy owak musimy trzymać się na baczności i spodziewać wszelkich dziwnych zachowań.

Pierwsze przelotne burze były przez nas przywitane z radością. Obficie lecąca z nieba woda spłukuje cały jacht z morskiej soli i trochę go schładza. Ale ta nasza radość wystarczyła może na pierwsze trzy burze. Dalej to tak naprawdę dają nam one trochę w kość. I nie chodzi wcale o deszcz, przed nim chowamy się w kabinie nawigacyjnej, ale niemal zawsze wraz z burzą pojawia się porwisty wiatr, musimy więc zawczasu znacznie redukować żagle. Tuż po fali deszczu zazwyczaj wiatr cichnie, a Wassyl buja się na fali rzucając żaglami na boki. Te  przelotne burze pojawiają się kilka razy dziennie, więc mamy ich już po dziurki w nosie.

25.09.2017

Rano podpływamy do ujścia rzeki Kumai. To nad jej brzegiem blisko trzydzieści kilometrów w głąb lądu znajduje się niewielka miejscowość o tej samej nazwie. Rzecz w tym, że ujście rzeki jest bardzo płytkie. Tutaj na prawie całej jej szerokości głębokość rzadko przekracza jeden metr. Tylko minimalnie większa głębokość jest po jej zachodniej stronie, tuż przy brzegu, gdzie prądy wypłukały niewielką rynnę o głębokości trzech metrów. Musimy się w nią wpasować, co wcale nie jest łatwe gdy mapy nie do końca "siedzą", oznakowania nawigacyjnego brak, a brunatny kolor wody uniemożliwia obserwację wzrokową głębokości. Pozostają waypointy znalezione w internecie, udostępnione przez żeglarzy którzy tędy płynęli. Tylko czy są dokładne? W ostatniej chwili sprzyja nam szczęście, pojawia się przed nami jacht także wpływający w rzekę. Podążamy jego śladem, przetarte dopiero co szlaki wydają się być najbezpieczniejsze. W końcu cumujemy pośród piętnastu innych jachtów na rzece Kumai, w miejscowości Kumai, w części świata zwanej Kalimantan, na południu  wielkiej wyspy Borneo.

To co przyciąga tutaj wielu turystów to orangutany. Tubylcy zwą je Orang Hutan (lub Orang Utan) – orang to człowiek, utan to las, więc są to "ludzie lasu". Te żyjące tylko na Borneo i Sumatrze człekokształtne małpy są na skraju wyginięcia, ale podjęte już wiele lat temu szerokie działania ochrony przyrody i samych orangutanów pozwalają patrzeć optymistycznie w przyszłość, a my mam nadzieję, będziemy mogli popodglądać je w ich naturalnym środowisku.

Jeszcze kotwica nie sięgnęła dna, jeszcze łańcuch nie wyleciał cały z kluzy, a już przy naszej burcie na niewielkiej łódce Mister Majid oferujemy nam swoje wycieczki do dżungli. Chwilę po nim pojawia się także Mister Bain z podobną ofertą. Musimy się podzielić na dwie ekipy aby ktoś jednak pilnował łódki, gdy ktoś inny będzie piął się w górę niewielkiej rzeki a potem przedzierał się przez tropikalny las. Ostatecznie ustaliliśmy, że Artur, Marcin i Patrycja popłynął na dwu–dniową wycieczkę już jutro, a ja z Natalią i z rodziną Kandu wyruszymy dzień później na całe trzy dni. Tym sposobem Wassyl będzie musiał dać sobie radę sam tylko przez kilka godzin.

Godzina jeszcze młoda, więc udajemy się z Natalią na mały rekonesans. Miasteczko Kumai jest niewielkie, rozciąga się wzdłuż trzech głównych ulic, a dominuje tu zabudowa parterowa, pustaki i blacha falista. Niewielkie zanurzone w mroku sklepiki oferują coś zimnego do picia i chrupki, a lokalny targ ciuszki i warzywa. Jak w większości odwiedzonych w Indonezji miejsc ponownie mam wrażenie, że handlarzy jest cztery razy więcej jak klientów. Widać każdy próbuje jakoś zarobić na życie.

Miasto to słynie także z ptasich gniazd. W dużych starych opuszczonych budynkach które były kiedyś magazynami, ptaszki salangan zielonawe budują potężne gniazda, które następnie kupują Chińczycy i robią z nich... zupę i inne przysmaki kulinarne. Ponoć potrawy z ptasiego gniazda dobrze wpływają na zdrowie, ale takich chińskich zabobonów jest wiele. Wszystko bym był w stanie zrozumieć, tyle tylko że cena tych gniazd jest jakaś abstrakcyjna. O ile dobrze zrozumiałem, sięga ponad tysiąca dolarów za kilogram. To po ile ta zupka chińska?

27.09.2017

Na niewielki drewniany dwupoziomowy stateczek zwany tutaj  "klotokiem" pakujemy się krótko po dziewiątej. W ostatniej chwili do ekipy dołącza jeszcze Glen i Ola, jest więc nas aż osiem osób. Ale też i nasz klotok jak się okaże jest największym na całej rzece. Składa się z dwóch pokładów, dolny to maszynownia, kuchnia i pomieszczenia dla załogi. Pięterko jest całe dla nas, a na dachu dodatkowo mamy pokład słoneczny. Tyle tylko, że wszyscy póki co mamy dość słońca, więc nie będzie nadużywany. Jest także kibelek i prysznic, szkoda tylko że leci w nim woda zaburtowa. Później, gdy będziemy płynąć w brudnej brunatnej rzece kąpieli w tej wodzie nie zaryzykuję, ale poza tym jest świetnie.

Park Narodowy Tanjung Puting obejmuje ponad czterysta tysięcy hektarów. To dość duży obszar, czternastokrotnie większy niż powierzchnia miasta Szczecin, ale to nic w porównaniu do obszarów lasów które zostały wycięte na całym Borneo. Park został utworzony już w roku 1930, aby chronić unikalną i często endemiczną przyrodę wyspy Borneo. Fauna i flora tu występująca uznawana jest za jedną z najbogatszych na Świecie. Na jednym hektarze lasu tropikalnego można znaleźć więcej gatunków drzew niż w całej Ameryce Północnej. Występuje tu ponad dwieście dwadzieścia gatunków zwierząt i czterysta dwadzieścia gatunków ptaków, wiele z nich jest endemicznych. Region ten najbardziej znany jest z orangutanów, ale bez trudu spotkamy tutaj także nosacze sundajskie, makaki, gibony, krokodyle, varany i pytony.  Piękne kolorowe ptaki dzioborożce i zimorodki to także symbol tego regionu, a las jest przystanią dla rzadkich gatunków mglistej pantery, niedźwiedzia malajskiego, motyli z rodziny pawic, tarantuli oraz wielu gatunków mrówek i pająków, w tym tych bardzo niebezpiecznych dla ludzi.

Od północy granica parku biegnie wzdłuż niewielkiej rzeki Sekoneyer, której to nurt będziemy pokonywać przez najbliższe trzy dni. Pierwszy przystanek który nastąpił już po dwudziestu minutach płynięcia jest dość niespodziewany. Oto w szuwarach miejsce sobie znalazł nasz pierwszy orangutan. Wymościł sobie tutaj małe siedzisko i objada się słodkimi pędami rosnących tu roślin. Nie widzimy go zbyt dobrze, w końcu schowany jest w szuwarach, ale adrenalina podskoczyła.

Pierwszy planowany postój to Tanjung Harapan, miejsce w którym dokarmiane są orangutany. Na całym Borneo żyje ich około sześćdziesiąt pięć tysięcy sztuk. Zdecydowana większość z nich to w pełni dzikie osobniki. Tylko niewielka ich część wywodzi się ze szkółek ratujących małe orangutany, których mamy zginęły lub z jakiś powodów porzuciły maleństwa, a które po dorośnięciu i nabyciu odpowiednich umiejętności oddawane są naturze. Trafiają tam też czasami maluchy odnajdywane w okolicznych wioskach, bo małe orangutany są niestety dla wielu tubylców małą żywą maskotką. Odchowane już i wyedukowane młode orangutany po powrocie do lasu z oczywistych względów są trochę przyzwyczajone do ludzi. Korzystają więc z możliwości łatwego zdobycia pożywienia podczas codziennego dokarmiania ich bananami przez strażników lasu.

Niewielkie podwyższenie do którego dotarliśmy po dwudziestominutowym spacerze znajduje się w środku lasu, a w odległości około pięćdziesięciu metrów od niego znajduje się kilka ławek dla turystów. Banany zostały już wysypane na podeście, a długie okrzyki opiekunów sygnalizują w okolicy, że posiłek podano.

Na początku dostrzegłem trzęsące się w oddali drzewa. Jedno po drugim uginają się aby nagle i szybko się wyprostować. To orangutany sprytnie przemieszczają się po koronach drzew. Wspina się taki na prawie sam czubek i wychyla dość mocno w bok. Drzewa nie są wielkie więc uginają się pod ich ciężarem. Rozbujane orangutany chwytają gałąź sąsiedniego drzewa i po chwili buja się już na drugim. Te człekokształtne większość swojego życia spędzają na drzewach, i to tam budują swoje gniazda, tam śpią i to po ich koronach się poruszają. Unikają  w ten sposób kontaktu z wieloma pająkami i innymi robalami poruszającymi się po leśnym podłożu. Orangutany żywią się głównie liśćmi, owocami, czasem jakimiś robaczkami. Dostarczone właśnie banany są dla nich przysmakiem.

Pierwsza na scenę wkracza orangutanica z malutkim dzieckiem na grzbiecie. Relacja pomiędzy matką a dzieckiem u orangutanów należy do jednych z najsilniejszych w naturze. Przez pierwsze dwa lata dziecko w stu procentach zależne jest od matki. To od niej dostaje pożywienie, przyczepione kurczowo do jej ciała przemieszcza się przez dżunglę. Przez kolejne pięć lat młody orangutan nadal podąża śladem matki która uczy go jak przetrwać, jak wspinać się i poruszać po drzewach, jak zbudować na drzewie gniazdo w którym spędzają noce, co można jeść, co jest trujące, które rośliny mają właściwości lecznicze i jakich zwierząt unikać. Ojcowie nie zajmują się ani matką ani dzieckiem. Ich rola ogranicza się do prokreacji i bycia samcem alfa. Niektórym może to wydawać się piękne.

Samica spokojnie obiera kolejne banany które szybko trafiają do okrągłego brzucha. Długie nabrzmiałe sutki wskazują, że jeszcze karmi dziecko piersią, choć mały trochę niezgrabnie też wsuwa banany. Samica wydaje się jednak lekko niespokojna i ciągle się rozgląda. Nie zwraca uwagi na nas, bardziej obawia się samca, którego chyba wyczuwa gdzieś w pobliżu. Na koniec szybkiego posiłku ładuje jeszcze kilka nieobranych bananów do ust, drugą kiść łapie w rękę, na plecy zabiera małego i ucieka wysoko na drzewo. Faktycznie z drugiej strony nadciąga samiec. Ten jest dużo spokojniejszy, rozgląda się po okolicy i połyka kolejne banany. Uginające się w tle drzewa oznaczają, że nadciągają kolejne osobniki. W sumie przewinęło się przez "stołówkę" kilka sztuk. Niektóre osobniki jedzą wspólnie, inne wyraźnie czekają aż zostaną same. Tak się zastanawiam, czy to my przyszliśmy podglądać orangutany czy też orangutany wpadają czasami na darmowego banana i pooglądać ludzi. Wszystko zależy od punktu siedzenia.

Wieczorem po dniu pełnym wrażeń cumujemy na rzece przywiązani do trzcin. Zwijamy stoły i krzesła, rozkładamy materace i duże moskitiery dookoła nich. Całość wygląda jak mała wioska indiańska. Otwarte okna wpuszczają do środka odgłosy dżungli. Wyraźnie słychać śpiew ptaków, buszujące w drzewach małpy ale nie będę oszukiwał, najgłośniejszy odgłos który do nas dociera przypomina dźwięk wiertła dentystycznego wwiercającego się w ząb. Nie wiem co za owad go wydaje, ale chyba dość dobrze odstrasza w ten sposób swoich przeciwników, bo trudno byłoby mi uwierzyć aby był to śpiew godowy.

28.09.2017

Wstajemy przed siódmą rano. Zwijamy indiańską wioskę i rozkładamy stoły. Na śniadanie jajecznica i grzanki. To jeden z niewielu posiłków w tej podróży na którym nie podano ryżu. Ten jest tutaj, jak i w całej Azji tak popularny, że w sklepach występuje najczęściej w workach dwudziesto pięcio kilowych. Widziałem raz nawet sklep w którym sprzedawano wyłącznie ryż, tylko w takich opakowaniach. To się nazywa specjalizacja. Ale dziś na łódce dostaliśmy śniadanie europejskie.

Kolejny postój robimy w Pondok Tanggui gdzie odbywa się kolejne dokarmianie orangutanów. Wchodzimy ponad kilometr w głąb dżungli podążając wydeptaną przez turystów ścieżką. Tym razem podest do karmienia jest bliżej wydzielonego do obserwacji obszaru, mam więc możliwość jeszcze lepszego podziwiania zwierząt. Znów schodzą się orangutany potrząsając drzewami. Różnorodnie do tego posiłku podchodzą kolejne osobniki. Jedne jedzą spokojnie, dokładnie obierając każdego banana. Inne jedzą jak najszybciej, aby po chwili wpakować sobie do ust jeszcze kilka nieobranych bananów, kolejne kilka wziąć w rękę, kilka złapać nogą i z całym tym dobytkiem uciec wysoko na drzewo. Tam siadając na gałęzi zjadają zabrane banany, gubiąc przy tym co najmniej połowę z nich. Spędzamy na miejscu dobre półtora godziny i nawet nie wiem kiedy ten czas zleciał, bo z pewnością mi się nie dłużyło.

Płyniemy dalej, rzeka robi się coraz węższa. Momentami przycieramy o trzciny obiema burtami. Także jej kolor zmienił się z brunatno-mlecznej na ciemną kawę bez mleka, czy jak mówią lokalsi kolor coca-coli. Przed czternastą dopływamy do Camp Leakey, ostatniego najbardziej w głąb parku stworzonego obozu. To tutaj wszystko się zaczęło gdy w roku 1971 przybyła dr Birute Galdikas. To ona była pionierką w badaniu zachowań orangutanów i stworzyła ten obóz.

Tutaj też podczas karmienia przychodzi największy samiec alfa. Poznać go łatwo po charakterystycznych policzkach przypominających talerze które rosną jedynie dojrzałym samcom. Widać też, że czuje się tu bardzo pewnie - rozgląda się z ciekawością a nie obawą jak to robiło większość samic. Dochodzę do wniosku, być może mylnego, że te punkty karmienia są stworzone pod turystów, dla rozwoju turystyki w regionie. Bo któż by przyjeżdżał aby przedzierać się przez zarośniętą dżunglę licząc na to, że może spotka pośród dziczy gdzieś na drzewie przechadzającego się orangutana. A tak mamy tu trzy różne punkty dokarmiania i możemy właściwie być pewni, że orangutany się pojawią. Może to i dobrze, może dzięki temu płynie jakiś strumień pieniędzy nie tylko do parku dla ratowania środowiska, ale także do mieszkańców. Wszak powstało dzięki tej turystyce wiele miejsc pracy która tutaj jest tak bardzo poszukiwana. A czy orangutany faktycznie są aż tak zagrożone? Myślę, że tak. Mimo ich dość znacznej liczebności jest to jednak gatunek endemiczny i jeżeli zniszczymy ich środowisko naturalne to one mogą dość szybko wyginąć. Niestety ogromne połacie dżungli zostały już wycięte. Po pierwsze sprzedaż drewna to jeden z głównych gałęzi przemysłu na wyspie, a po drugie miejsce to upodobali sobie plantatorzy drzew palmowych z których uzyskuje się olej palmowy. Aby tworzyć plantacje wycięto tysiące hektarów dziewiczego lasu. Zapytałem przewodnika, dlaczego posunięto się do tak drastycznych ruchów jak wycinka dżungli, dlaczego plantacji nie zakłada się na otwartych przestrzeniach, na polach gdzie nie ma lasów tropikalnych. Jak się okazało chodzi oczywiście o pieniądze. Lasy te należą w większości do prywatnych społeczności, a nawet pojedynczych osób i były one sprzedawane za marne grosze, bo tylko tak można nazwać cenę ośmiuset dolarów za hektar. A że przy okazji można było jeszcze zarobić na wyciętym drzewie. Kto by się tam martwił orangutanami, ptakami czy rzadką roślinnością. Na szczęście promocja regionu, programy ochrony przyrody i międzynarodowy protest spowodowały, że idzie ku lepszemu, że nawet lokalni mieszkańcy zaczęli rozumieć potrzebę dbania o to co mają najpiękniejsze. Mam nadzieję, że ten proces będzie trwał, że nasze wnuki też będą mogły kiedyś przyjechać tutaj (albo lepiej przypłynąć), wsiąść na klotok i popatrzeć jak "człowiek z lasu" pomyka po drzewach i zajada się bananami. Mam taką nadzieję...

Ale ta wycieczka to coś więcej niż tylko orangutany. Podziwiamy też długonose endemiczne małpy proboskis i małe makakis. Małpy w przeciwieństwie do orangutanów ochoczo skaczą z drzewa na drzewo i dość często przy tym przestrzeliwują. Lecą wtedy lotem rozpaczliwym próbując złapać się czegokolwiek. Zdarza się, że lot swój kończą w krzakach pod drzewem, ale nic im się nie dzieje, otrząsnął się trochę i dalej lecą ku koronom.

Ostatniej nocy poszliśmy na nocny spacer. Wprawne oczy naszego przewodnika plus latarki pozwalają odnaleźć niezliczone ilości pająków, w tym tarantule oraz mrówki, niektóre z nich są dość groźne, lepiej nie wchodzić im w drogę. Dowiaduje się też wiele o zaletach drzewa ironwood oraz o bardzo rzadkim i bardzo drogim drzewie sandałowym. Podsumowując ostatnie trzy dni to była bardzo udana przyrodnicza wycieczka.

 

  • 20170925-222125
  • 20170925-223027
  • 20170926-230400
  • 20170927-004453
  • 20170927-005303
  • 20170927-005530
  • 20170927-011524
  • 20170927-022723
  • 20170927-033232
  • 20170927-145316
  • 20170927-151747
  • 20170927-153456
  • 20170927-160449
  • 20170927-182707
  • 20170927-182731
  • 20170927-183405
  • 20170927-183807
  • 20170927-183854
  • 20170927-183930
  • 20170927-184941
  • 20170927-194535
  • 20170927-233832
  • 20170927-234607
  • 20170927-235309
  • 20170928-001408
  • 20170928-042810
  • 20170928-115609
  • 20170928-121131
  • 20170928-122032
  • 20170928-170757
  • 20170928-172229
  • 20170928-185956
  • 20170928-190121
  • 20170929-171255
  • 20170929-173421

Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.