Rejs trwał: 964 dni 16 godz 20 mim 00 sek

 

25.11.2017

O siódmej trzydzieści podjeżdża dźwig i podnosi nas do góry. Robotnicy czyszczą i malują ostatnie kawałki podwodnej części kadłuba, po dwóch godzinach siadamy spokojnie na wodę. Droga do mariny zajmuje może z dziesięć minut ale czeka nas jeszcze porządne sprzątanie pokładu. Musimy wyciągnąć nagromadzony wszędzie cały dobytek i porządnie go umyć. Wszędobylski stoczniowy pył wkradł się we wszystkie zakamarki. Dobrze, że mamy wodę pod dużym ciśnieniem i porządne szczoty. Działamy ostro z Markiem, Marcinem i Natalią. 

Ponieważ dzień jeszcze młody a prace zmierzają ku końcowi zarządzam z Natalią natychmiastową ewakuację z łódki celem wycieczki do odległego o trzydzieści kilometrów parku safari. Odnaleźć właściwy autobus na dworcu głównym w Port Louis wcale nie jest łatwo. Na Mauritiusie komunikacja jest bardzo rozbudowana (kilkadziesiąt linii autobusowych należących do wielu przewoźników) a rozkładów jazdy czy map z trasami autobusów brak. Dworzec autobusowy przypomina dawny jarmark na stadionie dziesięciolecia - tłum, chaos i dezorganizacja. Na szczęście możemy się podpytać o drogę innych kierowców i każdy pokazuje z grubsza w którym kierunku powinniśmy podążać. Autobusy też są jedyne w swoim rodzaju. Po lewej znajdują się wąskie siedzenia przeznaczone dla dwóch osób, po prawej niewiele szersze dla trzech. Konstrukcja przypomina myśl technologiczną późnych lat sześćdziesiątych, no może wczesnych siedemdziesiątych, a ryk rozklekotanego silnika potwierdza długą i ciężką służbę pojazdu. Oprócz kierowcy jedzie też kasjer który sprzedaje bilety, a czasami wpada jeszcze kanar aby sprawdzić owe bilety. Z bezrobociem to chyba tutaj nie mają problemów.

Z trudem przemierzamy ulice Port Louis a następnie kolejne mniejsze miejscowości. Wszędzie panują korki, a poza miastem drogi są wąskie i kręte. Trzydzieści kilometrów do parku pokonujemy w czasie godzina pięćdziesiąt minut. Przy kasie meldujemy się punktualnie o godzinie drugiej. "Poproszę bilet do parku i... co może Pani jeszcze zaproponować?" - zaczynam konwersację. "Jesteście trochę zbyt późno, na nasz park najlepiej zarezerwować sobie cały dzień. Polecam więc po prostu wejść do środka i pospacerować. Można w cenie biletu przejechać się naszym safari, a potem okaże się na co jeszcze wystarczy Wam czasu, bo zamykamy o siedemnastej" - odpowiedź nie jest zbyt optymistyczna. Mimo wszystko pierwsze kroki kierujemy nie na ścieżki tylko do niewielkiego odkrytego samochodu który służy w parku do przewożenia zwiedzających pomiędzy odległymi atrakcjami. Na pierwszy cel wybraliśmy sobie przejażdżkę safari pośród afrykańskiej zwierzyny, a punkt startowy tej atrakcji jest akurat dokładnie z drugiej strony parku. Droga jest wyboista, ale dostawcze Isuzu daje jakoś radę. Do niemal identycznego drugiego samochodu przesiadamy się w ostatniej chwili. To jeden z ostatnich kursów dzisiaj i co mnie trochę dziwi chętnych jest już niewielu. Zajmujemy wygodne siedzenia (czyli miękkie co ma ogromne znaczenia na tak wyboistej drodze) i ruszamy za bramę wydzielonego dużego obszaru stanowiącego swoistą oazę fauny i flory. Pierwsze nam się pokazują duże żółwie, a chwilę później strusie. W pobliskim zagajniku wypoczywają różnego rodzaju antylopy. Gdzieś w oddali wolnym krokiem spacerują dwa nosorożce. Czuję się jak w dzikiej Afryce. Ale przecież ja jestem w Afryce, Mauritius to przecież Afryka, choć może jeszcze nie taka dzika. Gdy przystajemy w pobliżu stada strusi, te zaciekawione podchodzą do furgonetki i zaczynają dziobami walić o stalowe rurki barierki. Nie wiem czy to taki podryw, czy też lubią smak metalu, ale wygląda to dziwnie. Rozczula mnie młoda zebra tuląca i pilnująca się swojej mamy. Większość tych zwierząt nie boi się pojazdów ani ludzi, wszak muszą być do nich przyzwyczajone. Dzięki temu podziwiamy je naprawdę z bliska. Tak się zastanawiam, czy tego typu parki ze zwierzętami to bardziej ZOO (tyle że bez klatek a z dużymi wydzielonymi strefami) czy też prawie środowisko naturalne. Mam wątpliwości, zwierzyna jest pół dzika, ale jednak dokarmiana i przyzwyczajona do obecności człowieka. Ja się jednak czuję, jakbym je podglądał w ich naturalnym środowisku.

Safari kończy się po czterdziestu pięciu minutach. Nie mamy zbyt wiele czasu na rozmyślania i dzielenie się wrażeniami, gonimy przebierając szybko nogami do największej atrakcji w parku czyli do strefy z dzikimi kotami. Oprócz możliwości obejrzenia lwów i tygrysów zamkniętych w dość dużych wybiegach można także za dodatkową opłatą wybrać się zakratowanym samochodem do kolejnej dużej wydzielonej strefy zamieszkanej przez pół dzikie osobniki.

Do właściwego punktu przychodzimy dosłownie na ostatnią chwilę, tuż przed odjazdem ostatniego już dziś samochodu. Ma to też swoją dobrą stronę, bo jest nas zaledwie sześć osób. Mamy więc dużo miejsca dla siebie i możemy bez przeszkód poruszać się po całej zakratowanej naczepie. Przewodnik ostrzega nas, by nie wystawiać palców poza kraty, bo mogą być lekko mówiąc odgryzione lub poszarpane. Nie zachęca też do wychodzenia na zewnątrz celem zrobienia sobie selfie ze zwierzakami, bo może się ono okazać ostatnim zdjęciem. Nie wiem na ile te ostrzeżenia są realne, ale faktycznie choć kociaki są słodkie to jednak niebezpieczne, pomimo, że dokarmiane kilogramami kurczaków. Zawsze mogą mieć  chrapkę na nieco odmienne mięso. Gdy tylko przystajemy na chwilę to niektóre osobniki zwabione zapachem a może pragnące urozmaicenia podchodzą do samochodu i spacerują dookoła zaciekawione. Może czekają się aż ktoś wystawi paluszki. Mam okazję pstryknąć kilka ciekawych zdjęć, ale też i przyjrzeć im się naprawdę z bliska. Tygrysy wydają się być dużo piękniejsze, ale lwy są za to dostojniejsze. Pewnie nie mają tu aż tak dobrze jak w swoim naturalnym środowisku, ale wybiegi są duże i zalesione, osobników czyli kumpli wiele, więc bez problemu, a może nawet z przyjemnością się tu rozmnażają.

Za dodatkową kupkę pieniędzy istnieje możliwość pogłaskania i pospacerowania z lwami, ale ja tego nie chcę robić, nawet gdybym dysponował ową kupką dodatkowych rupii. Niech zwierzaki zostaną tam gdzie są, a ja gdzieś w pobliżu ale jednak za kratką. Poza tym nie jestem zwolennikiem tresowania lub przymuszania zwierząt do zaspokajania próżności ludzkiej. Tej granicy więc nie przekroczę.

Przejażdżka pomiędzy kociakami dobiega końca, a do zamknięcia całego parku zostaje tylko pół godziny. Idziemy w kierunku wyjścia odwiedzając jeszcze po drodze żółwie, flamingi i kury. Kto by podejrzewał, że zwykłe kury mogą być też atrakcją. Już mieliśmy przejść przez bramkę prowadzącą na zewnątrz a tu się okazuje, że można jeszcze się załapać na ostatni krótki seans w kinie 4D. Oprócz trójwymiarowego ekranu są jeszcze poruszające się fotele i podmuchy powietrza prosto w twarz. Czemu więc w nazwie nie ma 5D? Film okazał się bajką, ale zabawy trochę przy tym było, ciekawy akcent na koniec udanej wizyty. Została nam żmudna powolna droga powrotna autobusem do portu. Dzień chyli się ku końcowi, a my z wywieszonym jęzorem, na ostatnią chwile, ale zaliczyliśmy najciekawsze atrakcje Casela Safari Park na Mauritiusie. To był prawdziwy powiew dzikiej Afryki.

 

26.11.2017

W niedzielę postanowiliśmy z Magdą Natalią i Marcinem spędzić na plaży. Dziewczyny bardziej interesuje skwierczenie w słońcu a ja chcę sprawdzić co kryje się pod wodą w pobliskiej lagunie. Dojeżdżamy tam kolejnym stylowym autobusem z kierowcą, który mógłby konkurować z Kubicą. Jego styl jazdy zna tylko dwa stany - gaz do dechy albo hamulec w podłogę, to drugie chyba nawet częściej i mocniej.

Plaża okazuje się dość sympatyczna. Piasek drobny i jasny, a część plaży znajduje się w cieniu drzew palmowych. Ledwie rozłożyliśmy ręczniki, a ja już wciągam maskę i rurkę na głowę. Nagle "plask" i pęka mi pasek przy masce. Chyba była zbyt długo nie używana. Poratował mnie Marcin pożyczając swoją. Pod wodą szału nie ma, koral jest wymarły a liczba rybek nie powala. Z tego co czytałem, przez ostatnie kilkanaście lat wymarło dookoła wyspy ponad pięćdziesiąt procent koralowca. Związane jest to z podnoszeniem się temperatury w oceanach, a to z kolei z globalnym ociepleniem. Niestety korale są bardzo czułe na takie zmiany, a jeden stopień Celsjusza robi dużą różnicę. Podpłynęliśmy z Natalia pod samą barierę koralową, ale poza polepszeniem się widoczności w wodzie niewiele się zmieniło. Cóż, pozostanie nam skwierczeć na słońcu albo schować się nieco w cień pod palmy. Ja jako znany antykoneser plażowania wytrzymałem może godzinę, po czym namówiłem Natalię na wycieczkę do pobliskiej "Grand Baie", czyli takich tutejszych Międzyzdrojów.

Miasteczko okazało się ładne i ciekawe, ale dziś jest opustoszałe. Wiem, że sezon turystyczny się już kończy, wiem, że dziś niedziela, ale mimo to pustki i pozamykane sklepy w takim miejscu mnie zaskoczyły. Podreptaliśmy w lewo i prawo, odwiedziliśmy supermarket aby zakupić wodę brzoskwiniową i pakujemy się do kolejnego powrotnego już autobusu. Coś nam dziś do końca nie poszło, ale zawsze to lepiej być w drodze niż zalegać na łódce.

 

27.11.2017

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda... dlatego Rashid, lokalny taksówkarz z czterdziestoletnim stażem przyjeżdża po nas tuż po ósmej. Dogadujemy z nim ostateczną cenę za całodniowe obwożenie nas po wyspie. Podajemy mu skrzętnie przygotowany przez nas plan wycieczki prosząc aby dodał jeszcze coś od siebie. Rashid ochoczo dodał jeszcze kilka punktów 'must see' i były to zazwyczaj ekskluzywne sklepy z pamiątkami i ciuszkami rozsiane po całej wyspie. Można w nich zakupić za jedyne trzysta złotych małą zwiewną sukienkę lub za sto pięćdziesiąt małego drewnianego ptaszka Dodo. Ale przynajmniej nie ściemniał tylko od razu nam wyjaśnił, że w każdym z nich dostaje kilka złotych za przywiezienie turystów i ma na paliwo. "Go, see and do not buy" - informuje nas za każdym razem gdy parkujemy pod kolejnym sklepem. Ale jeden z nich był super. Sprzedawano w nim modele drewnianych żaglowców, niektóre miały prawie metr wysokości. Nie wiadomo dlaczego, ale są one jedną z atrakcji wyspy i można je kupić w niemal każdym sklepie z pamiątkami. Jedne są prymitywne i warte może kilka złotych, inne to istne perełki wymagające miesięcy pracy. Te drugie mają też adekwatną cenę idącą w tysiące złotych. Pozostało więc popodziwiać i opuścić sklep.

W końcu dojeżdżamy na samo południe wyspy gdzie znajduje się kolejny niewielki park ze zwierzętami. Główną atrakcją są tu krokodyle słodkowodne, ale odwiedzamy też żółwie, lemury, małpki, różnego rodzaju jaszczurki, nietoperze, rybki i inne drobniejsze zwierzęta. To co jest super, to położenie parku pośród gęstego tropikalnego lasu. Cień daje schronienie przed upalnym słońcem ale też mamy wyobrażenie flory występującej na wyspie.

Odwiedzamy po drodze świątynię hinduską, wygasły krater wulkanu, dwa wodospady w tym jeden o wysokości osiemdziesięciu trzech metrów. W końcu tak jak większość turystów podążamy w kierunku ziemi..., kolorowej ziemi.

"Seven Coloured Earth" - to miejsce gdzie ziemia pochodzenia wulkanicznego mieni się siedmioma różnymi kolorami (czerwony, brązowy, fioletowy, zielony, niebieski, purpurowy i żółty). Te nietypowe podłoże powstało w wyniku przekształcania ziemi wulkanicznej do gliny, a następnie hydrolizy. Głównymi składnikami gleby są żelazo i aluminium, które to nadają różnorodne barwy. Niezwykłą właściwością tych piasków jest oddzielanie się od siebie różnych warstw, nawet po zmieszaniu, co daje niesamowity efekt wizualny. Czekamy na wyłonienie się zza chmur słońca co polepsza jakość robionych zdjęć. Przydałby się dron, ale jak się nie ma co się lubi to..., mam nadzieję, że zrobione zdjęcia oddadzą niesamowitą kolorystykę tego nietypowego miejsca.

Po przedarciu się przez wysokie pasmo górskie wracamy zachodnim wybrzeżem. Wyspa Mauritius jest urozmaicona, od piaszczystych plaż po tysiąc metrowe góry, od pół herbaty i trzciny cukrowej do gęstych lasów tropikalnych. Z pewnością można ciekawie spędzić dwutygodniowy urlop wypoczywając i zwiedzając różnorodne parki, atrakcje i nietuzinkowe miejsca. My mieliśmy tylko kilka dni, więc pewien niedosyt pozostał. Dobrze, że prawdziwa Afryka jeszcze przed nami.

 

Z ekskluzywnej mariny Port Louis nadawał Bolo

 

  • 20171124-224757
  • 20171124-225133
  • 20171124-230212
  • 20171125-142339
  • 20171125-143128
  • 20171125-143348
  • 20171125-143957
  • 20171125-144930
  • 20171125-151207
  • 20171125-153856
  • 20171125-154353
  • 20171125-155101
  • 20171125-155408
  • 20171125-161134
  • 20171125-161314
  • 20171125-164009
  • 20171126-120921
  • 20171126-120952
  • 20171126-133500
  • 20171126-144156
  • 20171126-144642
  • 20171127-092810
  • 20171127-093647
  • 20171127-104038
  • 20171127-105156
  • 20171127-105234
  • 20171127-110442
  • 20171127-114145
  • 20171127-114449
  • 20171127-114856
  • 20171127-115555
  • 20171127-120651
  • 20171127-121542
  • 20171127-122245
  • 20171127-123601
  • 20171127-132608
  • 20171127-135827
  • 20171127-144735
  • 20171127-151843
  • 20171127-154722
  • 20171127-154938
  • 20171127-155332
  • 20171127-161033

Wyprawa współfinansowana jest ze środków Miasta Szczecin.

Partner wyprawy.

 


Partnerzy medialni:

         
 


O wyprawie przeczytasz także w:
     Rejsuj.pl                             
 

 


 

7 continents 4 oceans - the longest way around the Wolrld.